Archiwum kategorii: Bez kategorii

Siodło, strzemiona, co to jest pułapka na jeźdźca i jeszcze potnik i derka.

Dobre siodło – to takie, które pasuje jednocześnie dolną powierzchnią do konia a górną do jeźdźca, nie krępuje ruchów, nie łapie w pułapkę ciasnej protezy czyli nie blokuje jadącego w osi wzdłużnej jak imadło i nie może być ciasne także wszerz.

Rzymskie siodło z „rogami”

Zanim napiszę o siodłach kilka słów o strzemionach, bez których radzono sobie przez wieki zaś w starożytnym Rzymie dodając na łękach guzy lub wręcz rogi o które jeździec opierał się udami.
Jednak przede wszystkim jeżdżąc na równowagę z mocnym chwytem udami co prowadziło do tego, że jeźdźcy praktykujący sztukę jeździecką od najmłodszych lat mieli krzywe nogi. Współcześnie, jeżdżąc konno także można dorobić się nóg prostowanych na beczce, ale … w zdecydowanie mniejszym stopniu niż to dotykało Scytów czy Sarmatów, w czym pomagają nam oczywiście strzemiona, które współcześnie są powszechne stosowane i uznawane za niezbędne do jazdy konnej. Nie będę temu przeczył, ale jestem pewny, że każdy kto wyrzucił strzemiona na dostatecznie długi czas poczuł, że bez nich także całkiem dobrze sobie radzi, a biorąc je z powrotem miał w głowie myśl, lepiej z nimi czy bez nich?

Dragońskie-żołnierskie wersja współczesna.
Tajemnica tkwi oczywiście w długości puślisk i tym co chcemy przy pomocy strzemion zdziałać ale o tym później, wracając do historii strzemion to bodaj najstarszy ich wizerunek znajduje się na płaskorzeźbie z 852 r. p. n. e ! która przedstawia asyryjskiego króla Salamanazara III ze stopami w sznurowych strzemionach. Co spowodowało, że zniknęły na setki lat nie będę dociekał.
Przyjmuje się, że wynaleziono je (ponownie?) w Chinach w II w. n. e. , dowodem na to ma być gliniana figurka jeźdźca znaleziona w grobowcu w Changsha, datowana na 302 rok n. e.
Z Chin lub Korei na przełomie VI i VII w n. e. przywędrowały do Europy wraz z Awarami i od razu zostały przyjęte przez Bizantyjczyków. Kodeks „Strategikon” Teodozjusza II który powstał około 580 r. n. e. (wg innych źródeł jego autorem był cesarz Maurycy – 600 r. n. e.- i jest to jednocześnie najstarsza wzmianka na ten temat w literaturze europejskiej) mówi o potrzebie używania żeliwnych strzemion. W okresie ekspansji Franków (przełom VIII-IX w. n. e) w Europie Zachodniej rozpowszechniły się strzemiona z żelaza.
W wieku X strzemiona znane są już na terenie całej europy, przy czym ich stosowaniu towarzyszy ewolucja siodła, które nadal ma mocne ławki, jednak przykryte są one siedziskiem z tłoczonej skóry lub wyszywanych tkanin, wyposażone w szeroki i wysoki, przedni i tylny łęk, dzięki czemu przedni chronił podbrzusze a tylny dawał jeźdźcowi oparcie przy uderzaniu na wprost coraz dłuższą włócznią.
W tym czasie zmienia się także dosiad jeźdźca który siedzi na kościach siedzeniowych błędnie nazwanymi kulszowymi, z nogami podanymi do przodu, a strzemiona są przypinane do puślisk mocowanych blisko przedniego łęku. Jest to istotny szczegół gdyż w tym samym czasie ze wschodu trafia do Europy drugi typ siodła, które jest znacznie mniejsze od zachodniego i jest wyposażone w mostek rozpięty pomiędzy łękami (w takim siodle jeździec siedzi wyżej, tj dalej od końskiego grzbietu) ze strzemionami przymocowanymi pośrodku ławek tuż pod jeźdźcem. Ten typ siodła przetrwał w Azji do dzisiaj i jest bardzo niewygodny, strzemiona są cofnięte, mostek jest wąski zatem gniecie jeźdźca w krocze co zmusza ją lub jego do mocnego podparcia, wręcz stanięcia w strzemionach.
Wiem to z własnego doświadczenia!, gdyż ponad 10 lat temu kupiłem takie siodło wykonane na Białorusi, rymarz z Legionowa chciał je dostosować do zachodnich standardów tj. przesunąć mocowania puślisk do przodu ale byłem ciekawy jak się jeździ z cofniętymi zatem zostało w wersji oryginalnej czyli typowo wschodniej.
Z cofniętymi stopami nieźle się kłusowało, ale wg znajomych wyglądałem jak mongoł, nie obrażając stepowych jeźdźców, przez cofnięte strzemiona i stopy były z tyłu co nawet przy długich strzemionach z którymi jeździłem, wyglądało dość szczególnie. W galopie, gdy próbowałem jeździć pełnym siadem tylny łęk uderzał mnie w plecy, poza tym, mostek pomimo rzemiennych odciągów, pod wpływem mojego ciężaru odkształcał się i tworzył wyraźną grań w swojej osi symetrii, nieprzyjemnie gniotącą mnie od dołu i to był być może główny powód wynalezienia strzemion do tego typu siodeł!.
Z odkształcaniem mostka poradziłem sobie dodając obergurt, czyli pas skóry obejmujący siodło i popręg, który skrzyżował się z mostkiem i dzięki temu powstawało twarde, sprężyste siedzisko.
Dzięki temu siodłu zdobyłem nieocenione doświadczenie ale sprzedałem je w końcu, gdyż nie odpowiadała mi pozycja jazdy z cofniętymi stopami.

Terlica siodła wschodniego, za mała dla współczesnych jeźdźców.
Przesiadłem się zatem na siodło typowo zachodnie czyli najpierw na polskie oficerskie wz.25 o którym pisałem na początku, potem na Mclallana i Whitmana.
Te ostatnie są koncepcyjnie kontynuacją siodeł antycznych choć ich twórcy pewnie siodeł scytyjskich, sarmackich czy rzymskich na oczy nie widzieli. Oba nie maja mostków, tylko twarde „gołe” ławki co jest naturalnym naśladownictwem podwójnego grzbietu koni ras prymitywnych, przy czym grubość i profil ławek jest w nich różna i zależy od kunsztu siodlarzy. Zaryzykuję twierdzenie ze Whitman siodło oficerów armii USA, w wersji której fotografię prezentuję jest najlepszym siodłem na świecie, w pewnym momencie McClallan przyjął tan sam profil wzdłużny i poprzeczny siedziska ( co nie oznacza, że wszystkie tego typu siodła są geometrycznie bliskie Whitmanom, raczej trzeba mieć szczęście żeby na takie trafić) a jako tańszy przetrwał w produkcji do dzisiaj. Zaś o funkcjonalności siodeł obu marek decydują twarde ławki a nie dziura pomiędzy nimi, choć i ona jest niezwykle pożyteczna gdyż jeździec może podeprzeć się jedynie na krętarzach mniejszych i nic go nie uwiera w krocze.

Jeśli komuś wyda się nieznany podział na siodła zachodnie i wschodnie to informuję, że można go także znaleźć w pracy o lata poprzedzającej moje odkrycia, zatytułowanej „Rząd konia rycerskiego w okresie średniowiecza na terenie Polski” –„Muzealnictwo wojskowe” napisanej przez panią Joanna Puchalską , wydanej w Wydawnictwo MON Warszawa 1989.


Z powyższych cytatów wynika, że autorka, pani Puchalska prawidłowo, na podstawie ikonografii i zachowanych egzemplarzy zidentyfikowała i opisała charakterystyczne cechy siodeł typu zachodniego, tj. przyleganie do końskiego grzbietu i zaczepy puślisk znajdujące się blisko przedniego łęku oraz typu wschodniego których cechami podstawowymi są, obecność mostka ze skóry wzmocnionego rzemiennym odciągiem oraz mocowanie puślisk cofnięte prawie do środka ławki.
Nieprawidłowa jest natomiast interpretacja sylwetki jeźdźca w siodle zachodnim z rzekomo sztywnym dosiadem z podanymi do przodu nogami, a przy siodłach wschodnich, nogi są owszem zgięte w kolanach ale na pewno nie swobodnie.
Każdy kto jeździ ze skróconymi strzemionami wie, że nogi w takiej pozycji wręcz wypychają jeźdźca do góry a przy długich puśliskach prawie wiszą, zatem są dużo swobodniejsze niż zgięte w kolanach. Być może się mylę, ale przypuszczam, że pani Puchalska tak jak wielu ówczesnych historyków nie jeździła konno stąd błędna identyfikacja dosiadu w obu typach siodeł, mały to jednak błąd przy prawidłowym rozróżnieniu typu siodeł.

Wracając do różnic pomiędzy siodłami, to może się wydawać, że kilka 10 centymetrów w mocowaniu puślisk nie powinno mieć większego wpływu na rozkład mas i sił w czasie ruchu konia, a jednak jest to bardzo istotny element w dla naszych rozważań który typ siodła jest lepszy dla jeźdźca i konia.
W siodle wschodnim jadąc kłusem, dzięki cofniętym mocowaniom puślisk, siły, które wytwarza jeździec wspierający się lub stający w strzemionach przesuwają się do tyłu i kierują w dół pod jego tułów. Dzięki temu taka pozycja jest idealna do strzelania z łuku, jednocześnie na skutek tego, że punkt podparcie stopy jest bardzo blisko środka ciężkości jeźdźca co skutkuje w miarę wygodną jazdą w kłusie, przypomina to płytkie anglezowanie lecz wymusza jazdę pół siadem w galopie!.
Pół siad (proszę nie mylić tego sposobu jazdy ze staniem w strzemionach z wypiętym zadkiem) pierwotnie był pomocny wynalazcom siodła z mostkiem do utrzymania równowagi górnej części ciała przy, jak wcześniej napisałem, strzelaniu z łuku podczas galopu. By mogli wżywać konia do tego celu, jeździli z krótkimi puśliskami dzięki czemu ciało jeźdźca przypominało bujające się nad koniem wahadło, gdzie punktem chwilowego zaczepienia były ramiona jeźdźca trzymające łuk, reszta ciała poruszała się pod nimi „kołysaniem” kompensując ruch galopującego wierzchowca.
Znane mi współczesne siodła ławkowe są hybrydami łączącymi cechy konstrukcyjne siodeł wschodnich z mocowaniem puślisk blisko przedniego łęku i mają mostek o szerokości do 9 cm, wyposażane są z reguły, w strefie siedzenia jeźdźca, w różnego rodzaju poduszki siedzeniowe na tyle szerokie i ubite, że pozwalają jeźdźcowi oprzeć się na nich na krętarzach mniejszych. W przedwojennym siodle tzw. polsko- rosyjskim, u Rosjan nazywanym żołnierskim-dragońskim, płaska twarda poduszka (przypominająca siodełko roweru) przyszyta była bezpośrednio do górnej powierzchni mostka, przykrytego siedziskiem wykonanym z niezbyt twardej tłoczonej lub zszywanej z pasów skóry.


W siodle polskim żołnierskim wz. 36, które jest hybrydą, poduszki są częścią siedziska tłoczonego z jednego kawałka twardej skóry. W siodłach UP1902 (także hybryda) u nas nazywanym wzór 25 i 27 nie było poduszek za to siedzisko wykonane ze skóry o grubości około 1 cm jest podparte od spodu parcianymi pasami, dzięki czemu powierzchnia pod jeźdźcem jest prawie płaska i twarda jak deska.
Opierając się na tych dwu cechach tzn. lokalizacji mocowania puślisk i braku lub obecności mostka można łatwo zidentyfikować siodło polsko-rosyjskie jako typowo wschodnie, siodła portugalskie, hiszpańskie i pochodzące od nich amerykańskie np. Whitmena i McClillana do siodeł typowo zachodnich.
Siodła żołnierskie angielskie (UP1902) i ich polskie odpowiedniki wz.25, 27 oraz polskie wz.36 jak wcześniej napisałem są hybrydami, gdyż mają mostek, ale we wszystkich strzemiona mocowane są blisko przedniego łęku.
W siodle wz. 27 puśliska mocowane są bardzo blisko przedniego łęku, siedzisko spoczywa na dwu taśmach parcianych rozpiętych pomiędzy łękami wzmocnionych trzema taśmami poprzecznymi, zastosowanie takiego rozwiązania zbliża siodło wz. 27 do konstrukcji typowo zachodnich i wymaga jazdy z podaną do przodu nogą, w pełnym siadzie, z bardzo słabym obciążeniem strzemion!.
Jazda na tych siodłach w stylu wschodnim lub skokowym ze skróconym puśliskiem skończy się po pewnym czasie wyrwaniem mocowania puślisk z ławek. To właśnie doprowadziło przed II WŚW do powstanie siodła żołnierskiego wz. 36, które z łatwością wytrzymywało wielogodzinne stanie w strzemionach.

 

Współcześnie powszechnie stosuje się podział siodeł wg ich sportowego przeznaczenia tj. na, skokowe, ujeżdżeniowe i uniwersalne oraz mniej sportowe tj. westowe, rajdowe i wojskowe, choć powoli te „gorsze” odzyskują swoje miejsce i znaczenie w jeździectwie
tyle,że nie wszyscy wiedzą jak ich prawidłowo używać. Siodła wojskowe w zależności od głębi wiedzy opisywaczy nazywane są nieprawidłowo kulbakami. Podaję zatem za księdzem Kitowiczem, że nazwa kulbaka jest staropolskim określeniem siodeł wszelkich typów bez względu na ich przeznaczenie i wygląd zewnętrzny, nazwa kulbaka pochodzi od tureckiego słowa kaltak co po turecku znaczy siodło, jeśli ktoś nie wierzy, proponuję sprawdzić w Encyklopedii staropolskiej Zygmunta Glogera.

Tendencja do unowocześniania oraz upraszczania wyposażenia jeździeckiego pojawiła się jeszcze przed zanikaniem kawalerii prawdziwej i pojawieniem tej używającej koni jako środka transportu. Po 1945, w czasach 2-ej Kongresówki (PRL) siodła wojskowe „wyszły z mody” a upowszechniły się nazywane kiedyś angielskimi siodła sportowe, które dzięki pozbawieniu ich wszystkiego co musi mieć siodło wojskowe, miały być wygodniejsze w codziennym stosowaniu, niestety przez prostszą konstrukcję wewnętrzną nie są w stanie spełnić wszystkich funkcji „jezdnych” swoich wojskowych odpowiedników.
Od jakiegoś czasu siodła wojskowe wracają w postaci tzw. siodeł ławkowych lub rajdowych, wielka niby nowość, gdy z braku wiedzy do czego potrzebne jest twarde siedzisko te nowe mają je o zgrozo, miękko wyściełane i często są za krótkie pomiędzy łękami!.

Niestety bez owijania w bawełnę muszę napisać, że wymyślona w XX-m wieku potrzeba podnoszenia i napinania końskiego grzbietu jest szkodliwa i nienaturalna, gdyż służy wyłącznie usztywnionym nie potrafiącym się rozluźnić jeźdźcom. Koń któremu skrępuje się głowę i odbierze możliwość ruchu do przodu usztywni grzbiet co sztywny człowiek odbierze jako swój sukces i ogłosi światu, że zrobił coś dobrego dla konia. A co z tymi końmi które mają miękki grzbiet i pomimo różnych „patentów” nie podnoszą go i się nie zaokrąglają? Na takich koniach, jeśli wiemy jak to robić prawidłowo, jeździ się wygodniej niż na tych sztucznie podniesionych i zaokrąglonych, tak naprawdę tylko po to by uchronić swój grzbiet przed masą sztywnych jeźdźców którzy w nie tłuką w tzw. anglezowaniu.

My beautiful picture

Tu wracamy do siodła które przez setki lat było kładzione na końskim grzbiecie tam gdzie nie szkodziło końskim łopatkom czyli cofnięte od przednich nóg i łopatek, a sport, głównie skoki przez przeszkody doprowadził do tego, że kładzie się je tam gdzie leżeć nie powinny.
To, że da się siodło położyć koniowi na łopatkach jest to niestety jedna z głównych wad współczesnych siodeł sportowych!. Jest w tym działaniu pełna premedytacja, gdyż siodło położone z przodu pozwala oddalić siedzenie jeźdźca od zadu podnoszącego się w górę, gdy ten odbiera koniowi krótką wodzą możliwość ruchu do przodu z poziomą kłodą.
Taka lokalizacja siodła pomaga także przy wysokich skokach i jeśli idzie o sport skokowy nie mam najmniejszej chęci z tym walczyć, choć na zdjęciach sprzed II WŚW widać wyraźnie, że nie siodłano wówczas blisko przednich nóg konia. W skokach koń wchodzi na parkour, robi co musi, jeździec wyjeżdża poza parkour i jeśli ma jeździć po płaskim to zmienia siodło, zgodnie z radami Don Duarte dobieramy siodło do zadań które będziemy wykonywali.

Zakupowi siodła towarzyszy przeważnie przymiarka na koniu lub na stelażu przypominającym fragment grzbietu konia, kupujący siada, wierci się, próbuje większe, mniejsze, przesiada się kilka razy … i wybiera kierując się radami „bardziej doświadczonych” lub na własne wyczucie, gdyż sprzedawcy często nie potrafią pomóc, bo zdarzają się tacy co konno nie jeżdżą, zatem nie wiedzą o co chodzi, to, do którego dopasowuje się bez „luzów” poprzecznych i podłużnych bo ma być „dobrze dopasowane” i „dobrze trzymające”.
Tymczasem powinien wybrać takie które poduszką przy tybince nie będzie wypychało kolana z płaskiem siedziskiem i z luzem wzdłużnym.
Takie na którym może rozluźnić mięśnie siedzenia i dzięki temu sięgnąć krętarzami mniejszymi do powierzchni siedziska!. Ważne jest także nachylenie siedziska tzn. od tylnego łęku ku środkowi nie powinno stromo opadać ku przodowi gdyż wtedy jeździec będzie miał miednicę pochyloną do przodu.
W skokowych celowo nadaje się siedzisku taki kształt żeby ustawić miednicę a za nią całą sylwetkę jeźdźca w pozycji – gotowy do skoku. Tyle, że stałe jeżdżenie w takiej pozycji nie jest ani wygodne ani prawidłowe (zwraca an to uwagę PZJ w jednym z pytań na brązową odznakę!) , gdyż pochylony do przodu tułów, to masa przeniesiona przed środek ciężkości konia czyli najgorsze co możemy zrobić naszemu przyjacielowi jeśli jeździmy po płaskim i nie skaczemy przez przeszkody.
Założenie, że dopasowane siodło uzupełni braki człowieka to część składowa złudnego marzenia wielu jeźdźców o dosiadaniu konia profesora, takiego mądrego, cierpliwego, wybaczającego braki w wyszkoleniu człowieka, co to sam wszystko wie i umie, ma dużą głowę i myśli za człowieka, a tym czasem nic z tego, czego nie zrobi jeździec, siodło i koń, nawet najmądrzejszy nie zrobi bo nie ma na to ochoty. Gdyż to jeździec ma się nauczyć poruszać prawidłowo na grzbiecie konia dla dobra i wygody obu.

Jeśli siodło tzw. sportowe jest dokładnie dopasowane do obrysu dolnej części ciała jeźdźca, oznacza to, że miednica człowieka jest zakleszczona w jednej pozycji i „podciąganie ogona pod siebie” i próby balansowanie na boki (w stępie i kłusie) nie będą możliwe, gdyż kości siedzeniowe nie będą miały oparcia na powierzchni siodła, z powodu siedzenia na „miękko” na własnych tkankach. Takie siodło można nazwać pułapką na jeźdźca, określenie zaczerpnąłem od pani Mary Wanless, z jej książki „Świadoma jazda konna” w której niestety nie pisze ani słowa o kształcie i roli siodła w nowoczesnym jeździectwie.

Jak wcześniej napisałem siedząc w siodle z krótką ramą wewnętrzną (w porównaniu do terlicy siodła wojskowego, McClallana czy Whitmana) siły którymi dysponujemy działają jedynie w pionie dokładnie pod nami, zatem nie może być mowy o skutecznym przekazywaniu naszych sygnałów poprzez siodło.
W takim siodle próby manewrowanie miednicą kończą się mało efektywnym pocieraniem kroczem i siedzeniem po jego powierzchni co nic nie daje i nie wygląda elegancko. Dodatkowa niedogodność głębokiego, ciasnego siodła z łękami blisko siebie pojawia się w kłusie anglezowanym, gdy przy powszechnie panującej manierze podrywania się do góry i jednoczesnym ruchu bioder do przodu krocze amazonki lub jeźdźca „zahaczy” o przedni łęk, jest to niestety bolesne doświadczenie znane wszystkim nie tylko początkującym jeźdźcom.


Zatem dobre siodło powinno być na tyle „obszerne” by jeździec opierający się na krętarzach mniejszych nie przylegał do przedniego i tylnego łęku, by mógł pochylić miednicę do przodu, do tyłu i na boki, jednocześnie by siedział w nim w najgłębszym jego miejscu z minimalnym awansowaniem w stronę przedniego łęku.
Być może nie jest to łatwe do zrobienia ale przypominam, że to jeździec ma utrzymać swoją pozycję na koniu poprzez swoje świadome działanie, a nie poprzez siodło w które „wtłoczy” się i sprasuje w nim swoje tkanki miękkie i przez to nie będzie miał szansy „stanąć” na krętarzach mniejszych.
Pora uświadomić sobie, że lekki, skokowy dosiad jest dobry do skakania, do jady konnej na być twardy na twardym siodle, bo nawet jeśli siodło jest wyściełane to dobry jeździec wygniecie krętarzami mniejszymi w wyściółce dołki sięgające do powierzchni ławki, czyli po co tapicerować siedzisko?
Prawie 250 lat temu Ksiądz Kitowicz, znany jeździec, sławny z rajdów, które czynił w czasie konfederacji barskiej, pisze w roku 1775 w dziele „Opisanie rzeczpospolitej”, że twardego dosiadu uczono młodziaków na terlicy bez mostka, przypiętej do końskiego grzbietu obergurtem. „Goła” terlica bez mostka bardzo przypomina siodło McClillan lub Whitman, metoda jej mocowania na grzbiecie konia nie ma znaczenia, ważne jest to, że dziura pomiędzy ławkami McClillana i Whitma-na odbiera jeźdźcowi szansę podpierania się 3-cim punktem (teoria, że dziura ta służy wentylacji końskiego grzbietu głoszona jest jedynie przez tych którzy nie używali takiego sprzętu) co na siodle tzw. sportowym każdy jest w stanie wykonać i znieść jeśli tylko może sobie „ulżyć” poprzez wsparcie się w strzemionach.

Wracając do doboru siodła to mamy podwójny problem, gdyż, jak już wcześniej napisałem, powinno ono pasować do konia i do jeźdźca!. Z jednym i drugim bywa u nas różnie, z reguły o zakupie siodła decyduje jego cena (niska) lub nowoczesny wygląd, a nie to, czy leżąc na grzbiecie konia przylega do niego we właściwych miejscach ( powtórzę jeszcze raz – nie może leżeć na kłębie i na łopatkach bo przeszkadza to koniowi w ruchu!!!) .
Przyleganie do konia można sprawdzić przy pomocy przyrządu przypominającego fragment końskiego kręgosłupa z przymocowanymi do niego, skręcanymi śrubami segmentowymi, „żebrami”, dzięki któremu odwzorowuje się powierzchnię grzbietu konia. Taki „pająk” przyłożony do dolnej powierzchni siodła pozwala jednoznacznie ocenić czy nadaje się ono dla danego konia.
Problem dopasowania siodła do konia istniał zawsze, w przeszłości częściowo radzono sobie z nim kładąc pod siodłano gruby potnik i derką, Np. koc złożony na 9 warstw, zaś w XIX wieku pojawiły się siodła z ruchomymi ławkami.
Jak wcześniej napisałem z dopasowaniem siodła do jeźdźca jest równie źle, gdyż decydującym czynnikiem często bywa cena i błędne przekonanie, że ciasne siodło lepiej trzyma jeźdźca od płaskiego. „Choroba” ciasnego siodła nie dotyczy grup rekonstrukcyjnych używających siodeł wojskowych i „kowbojów” jeżdżących na tzw. siodłach westowych, które nie uległy modzie i XX wiecznym modernizacjom.
Ja sam potrzebowałem sporo czasu, by podążając pod prąd XX wiecznej modzie pozbyć się siodła ujeżdżeniowego (pułapki na jeźdźca) i metodą prób i błędów dojść do tego, co zalecał (nieznany mi wtedy) portugalski król Edward Don Duarte, oraz inni autorzy starych kodeksów jeździeckich: Ksenofont, Dorohostajski, Pieniążek Cavensish, Gueriniere, którzy przekazali nam najważniejsze wg nich informacje, a o dosiadzie napisali czasami najwyżej kilka słów nie poświęcając wiele uwagi zagadnieniu geometrii siodła.
Łącząc ze sobą geometrię używanych w wielu miejscach świata siodeł z przekazem od ww autorów możemy określić jakie cechy powinno mieć dobre siodło i jaka powinna być na nim sylwetka jeźdźca.

My beautiful picture

Uzupełnieniem siodła jest derka która ma chronić grzbiet konia, kompensować niewielkie niedostatki kształtu dolnej powierzchni siodła do grzbietu konia, łagodzić naciski pochodzące od ciężaru siodła i jeźdźca. By spełniała swoje zadanie powinna być gruba i czysta nie tylko z góry ale i od spodu!.
Derka i potnik to nie to samo!, w przeszłości rolę potnika spełniała barania skóra kładziona włosem w dół, na nią kładziono grubą derkę z filcu lub koc złożony w wiele warstw. Anglicy po wprowadzeniu do kawalerii w 1805 roku siodeł huzarskich (wschodnia terlica z mostkiem na odciągach rzemiennych) zalecali stosowania koca (co ciekawe o wymiarach identycznych do współczesnych nam szarych koców wojskowych) składanego na 9 warstw!. Tak złożony koc ledwie wystaje spod siodła, lecz tworzy gruby i spręży amortyzator wygodny nie tylko dla jeźdźca.

My beautiful picture

Dziwi mnie zatem powszechne u nas jeżdżenie na cienkim pojedynczym potniku uznawanym za czaprak lub na kocu złożonym w cztery warstwy bez potnika. To prowadzi w krótkim czasie do zabrudzenie koca i utraty jego sprężystości. Brudne, sfilcowane koce to w równym stopniu niewiedza jak i niechlujstwo jeźdźców i właścicieli koni, którzy do tego dopuszczają.

Ride with your mind? Yes, but on the lessers trochanters!.

I was gifted the “Ride with your mind” book (1987, Mary Wanless) published in Poland in 2012, by ‘Santa’ who with I have been debating for a year wether whilst sitting on a horse, we support ourselves on the ischial bones, or on the lesser trochanters. ‘Santa’ believes that we sit on the ischial bones, and I (for 10 years now) think we support ourselves on the lesser trochanters. The problem lies in the very close proximity of the lesser trochanters to the arch of the ischial bone. Especially when sitting on a horse, both bones are very close to each other and it is exceptionally hard to distinguish between the two.

http://www.mary-wanless.com/RWYM.html#

The book is not an easy read, as it is full of detailed instructions of what actions and movements we need to undertake to ride well. In addition, the translation is not perfect. As a result, one needs to focus significantly and read thoroughly. However, the book is worth the effort as it contains a lot of interesting pieces of information and tips, such as how to properly rise to the trot, and many others unfortunately very often overlooked in Poland.

I can highly recommend the book, however I won’t be including here a thorough review. I will be covering the question of lesser trochanters in horse riding, and issues connected with those.

Moving on to the lesser trochanters, I was able to very quickly find proof that in fact I am correct. Firstly the visuals included in the book and the text itself does not contain any mentions of the existence of the lesser trochanters. This might be the case because when moving our femurs to the sides to clasp the flanks of the horse, due to the autorotation of the femurs closing in on the ischial bones, and placed so closely to their lower ridges, it is necessary to use a special technique to distinguish between the trochanters and ischial bones.

About 10 years ago, I have discovered that the best riding posture is based on a two-point support after swapping from an English dressage saddle (what I call a prosthesis), to a Polish, flat, officer’s saddle (No25), and then onto a US Whitman and a McClallan. On the No25 I have imprinted two depressions, which were a clear indication that whilst riding, I am supporting myself on two points. It took me more than a year to accept the fact that I am in more of a standing than a sitting position, and I have written about that journey in ‘Koń Polski’ and in ‘Świat koni’ (the ‘Polish Horse’ and the ‘World of horses’ magazines).

In her book, Wanless writes: ‘I am glad that I am grazing my ischial bones’, however, on a previous page we find a graphic which depicts two small circles of where the grazes appear, rather than long arches, the actual shape of the ischial bones which are linear. This indicated that the point of contact is in fact on the lesser trochanters, and that is where the skin becomes grazed.

Everyone who has tried to step over a horizontal obstacle and fell on top of it (as you would when climbing a horse) knows, that the lesser trochanters cannot shield the groin area from the direct contact with the obstacle. Similar situation occurs when riding bareback on a bony horse, when we can feel the contact on a linear axis, rather than in two small circular points.

To feel the lesser trochanters come in contact with the saddle, and subsequently to become the points of support, we must press down through our bottom on the edge of a hard surface ( e.g. table, whilst wearing loose clothing). When sat is such position the lesser trochanters protect the tissue enclosing the ischial bones. One removing the support of our feet, we are sat on those two points directly touching the surface, providing we are not tensing any surrounding muscles (glutes, etc.).

If we start to move one of our legs upwards, sideways or in a circular manner (without picking it up off the table), we will feel that the point of support is not ridged, it moves along. The lesser trochanters are so hard to locate when sitting on a horse, because they are located so closely to the ischial bones and protrude below those bones only a few millimetres. However, that is enough to protect the tissue covering the ischial bones from physical contact with anything located below them.

Only after having ridden on a flat saddle allows us to relax the muscles and feel the actual points of support — the short length of the femurs, from the head of the femur to the lesser trochanter.

Ms Wanless somehow located the right points of support, but uses the wrong terminology. However, it is commendable she did manage to identify those points, as she probably used a dressage saddle. Such saddles are merely a prosthetic connecting the rider with the horse. The reason I name them such (not to be malignant), is because the distance between the transverse and the longitudinal saddle bows is so small it barely accommodates our bottom halves.

I know this from experience, as I rode in a dressage saddle for three years. To fit in the saddle I had to tilt my pelvis in a particular way, and I barely felt the support on the lesser trochanters. However, I could not use those points as I was sat on my own tissues, compacted under my weigh, and caused by the tight fit of the saddle from every possible side (the size was as prescribed for my build, according to the dressage standards).

The subsequent restrictions resulting from the geometrical arrangement of the pelvis and the spine, and the nearly vertical placement of my thighs, led to a very constricted range of movements. My posture became rigid, which in turn meant the movement of the horse was limited as well.

This is the aim of dressage; a horse without a saddle pushed onto its shoulder blades, forced to lower its head, a very tight noseband and bit (jointed snaffle) moves much mote dynamically. Its movements might be event considered violent, in comparison with the constricted dressage manner.

Dressage riders would most likely disagree with me, as it is common in societies and groups sharing strong beliefs, and never questioning the status quo.

However, if you look at the cover of the next book written by Wanless, on which the horse is stretched out, with the saddle on its shoulder blades and the head tightly handing on the rains, I will have to pass. What is an ideal posture according to me? A Lipizzaner, which for centuries has been bred to carry its head high, of which the silhouette when carrying a rider easily fits into a square, providing that it is saddles and ridden as it was a hundred, or two hundred years ago.

The modern horse breeding is attempting to produce horses which do not look like Lipizzaners, but move like them. However, it will take a long time and a lot of discussion before the dressage community will understand the scope of coercion infringed on the horses not bread for dressage and badly saddled. All this so that the riders can sit comfortably in a too small of a saddle.

Going back to the correct support points whilst riding. To achieve those you need a proper saddle placed in the appropriate part on the back of the horse. Wanless does not mention those prerequisites, probably due to the lack of opportunities to use saddles other than those made for dressage.

On the picture included in the book (p.13 of the Polish edition) you can see the incorrect location of the saddle, too close to the front legs of the horse. The saddle flaps are placed over the shoulder blades of the horse, which directly hindering its movements. It is especially dangerous with young horses, as it often causes damage to the joints.

Even our ancestors knew about the negative influence of such saddle placement, back in the 17th century.

The placement of the saddle stems from the failure to comply with the rule that the front edge of the girth has to allow a length of a human palm from the elbow of the horse. It may also be caused by the rigid posture of the rider, with too short stirrups. By moving the saddle forward, the movements of the horse are restricted and the rider experiences less of a shock with every step.

Wanless also writes about the correct amount of contact between the riders hands and the mouth of the horse, but only in the context of what posture the rider has to maintain at all times: the unconditional line of the shoulder — heel — hip. Even with the correct point of support on the lesser trochanters, and the thighs locked in place, when the saddle is too short and too narrow, the hand cannot be gentle, and the connection with the mouth cannot be forgiving.

The enforcement of such position will firstly lead to the horse locking its head on the riders grip, and secondly, to a significantly slower movement of the horse. In such a position, the rider puts too much effort and focus on the maintenance of the posture, especially on the front-back axis. Wanless says that ‘an uptight rider is an uptight horse’ and about that I completely agree with the author.

DOBÓR I UJEŻDŻANIE KONIA WOJSKOWEGO W POLSCE W XVI i XVII WIEKACH

RTM. BOHDAN PIOTROWSKI.    Przegląd kawaleryjski 1934/9 (107) poz.5 DOBÓR I UJEŻDŻANIE KONIA WOJSKOWEGO W POLSCE W XVI i XVII WIEKACH

PRZEDMOWA.

Przewaga bojowa jazdy polskiej końca XVI i początku XVII stulecia nad jazdą zachodnio-europejską jest powszechnie wiadomą. Przewagę swą zawdzięcza ona, pomijając już wielki genjusz swych wodzów tej miary co Jan Zamoyski, Chodkiewicz, Żółkiewski, Koniecpolski, Wiśniowiecki, Czarniecki i inni, również specjalnym i odrębnym metodom walki, różnym od metod współczesnej jazdy Europy zachodniej.

Zmuszeni byliśmy walczyć zawsze z wrogiem dwu, lub trzykrotnie liczebnie nas przewyższającym. Pozatem mieliśmy na wschodzie sąsiadów, których jazda, nie biorąc pod uwagę liczebności jej, wyróżniała się niezwykłą lekkością i ruchliwością.

Siłą faktu, jazda nasza musiała stosować element zaskoczenia, szybkość w natarciu, musiała być ruchliwą, by móc zapełnić nierówności liczbowe, a odwagą swą i bitnością dokonać reszty.

I gdy na zachodzie zarzucono kopję, a dano kawalerzyście pistolet i nauczono go walczyć systemem karakolu, jazda nasza nadal naciera cwałem, uderzając kopją, szablą, czy koncerzem.

Żadna taka karakolująca jazda zachodu naszemu uderzeniu sprostać nie mogła, czego przykładem służyć może Kircholm w roku 1605 i Kłuszyn w roku 1610.

W pracy, którą podjąłem, pomijam wyszkolenie jeźdźca, chciałbym podzielić się jedynie memi spostrzeżeniami, dotyczącemi doboru konia wojskowego, jego przygotowania i ujeżdżenia dla celów „potrzeby” w pojęciu ówczesnem.

Autorzy współcześni, na których opieram się, traktują przeważnie o „wyprawie konia usarskiej” inaczej zwaną „wyprawą przy ziemi”, w odróżnieniu od innego sposobu przygotowania konia. Ten drugi sposób nazywano „wyprawą włoską”, lub „in alto”.

Ostatni sposób jest niejako wyższą szkołą jazdy, jednak w Polsce niewiele stosowany, a jak z goryczą mówi Dorohostajski, „przez braci Polaków wyśmiewany”. Przytoczę jednak słowa nieznanego autora dzieła z roku 1600, który powiada: „koń, gdy jedno po usarsku, to na poły, a gdy i po włosku to już cale wyprawny jest” i dalej: „bo koń który jedno przy ziemi wyprawny, to jak żak co czyta, a ten co i z góry, to jak mistrz, co i łacinę rozumie”. Byli widocznie jednak zwolennicy szkół obu.

Nieobcą jest również ówczesnym Polakom szkoła przygotowania konia do zawodów i biegów, o czem nawet mówią, z pośród znanych mi, dwaj autorzy: Conrad, kowal królewski, oraz Marcin Siennik.

Najcelniejszą pracą, traktującą specjalnie o wyborze i ujeżdżeniu konia wojskowego jest, według mnie, dzieło Krzysztofa Pieniążka z roku 1607.

Niemniej wartościowem jest dzieło nieznanego autora z roku jakoby 1600, a wydane w roku 1690. Obie te prace tak są do siebie podobne, a nawet częstokroć równobrzmiące, że nasuwa się podejrzenie, iż jeden z autorów musiał korzystać z drugiego. Trudnem jest jednak ustalenie kolejności. Przychyliłbym się do tego, że praca Pieniążka była samodzielną, jednak i ta druga nie jest pozbawioną pewnych cech samodzielności, a nawet obejmuje pewne działy, które u poprzedniego zostały pominięte.

Następną poważną pracą jest dzieło Krzysztofa Dorohostajskiego z roku 1603. Nie jest to praca wybitnie samodzielna i czysto z duchem polskim związana, gdyż sam autor powiada w tekście, że zbierał „z niektórych mądrych tak greckich jako i włoskich pisarzów”. Jest zatem kompilacją, zawierającą bezsprzecznie wiele myśli i spostrzeżeń własnych; dość trudno jednak jest wyeliminować te myśli własne a odrzucić przyswojone, przeto tym autorem niewiele posługiwać się będę.

O przygotowaniu konia do zawodów piszą: Conrad w roku 1532 i Marcin Siennik w roku 1563. Tutaj już żadnych wątpliwości niema, że Siennik posługuje się Conradem, aczkolwiek myśli poprzednika uzupełnia i rozwija. Tego rodzaju plagjaty w owych czasach były dość często praktykowane.

W pracy mej korzystałem całkowicie z prywatnej bibljoteki, oraz cennych wskazówek lek. med. wet. Dr. majora Perenca Aleksandra, za co też wyrażam Mu pełną wdzięczność i podziękowanie.

Rozdział I.

DOBÓR KONIA WIERZCHOWEGO.

1) Cechy, zalety i wady według Pieniążka.

Koń dobry i ładny winien odpowiadać następującym warunkom: trzy rzeczy mieć ładne, a więc: kark, nogę i szyję, trzy zaś dobre: miękki pysk, pewne nogi i czułość. Oko konia jest wyrazem zdrowia, kark znamionuje urodę. Nogi o kopycie płaskim, gdzie piętka jest położoną jaknajbliżej do ziemi, stanowią o ich mocy i pewności. Ruchliwa skóra i szerść miękka, jedwabista, są cechami koni rączych. Włosy w grzywie mają być cienkie i rzadkie i zarastać możliwie najdalej na kłąb. Pierś szeroka i ładna, szyja płaska, głowa sucha, uszy krótkie i ostre. Krzyż ku ogonowi ma nieco opadać, gdyż przy okrągłym zadzie rzadko kiedy przód będzie dobry, a cała uroda konia mieści się w przedzie. Brzuch duży jest dowodem wytrwałości i zdrowia. Konie o brzuchach podkasanych, aczkolwiek zazwyczaj są rącze, jednak mniej wytrwałe od koni z dużym brzuchem, przyczem u poprzednich popręg nie leży na miejscu („koń taki rad wycieka z popręgu”). Konia do biegu należy wybierać o postawie nóg podsiebnej; natomiast koń o postawie nóg odsiebnej, aczkolwiek zdatny do skoków („skoczny musi być przez rzeczy wysokie”), jednak w terenie i podczas zjazdów nie jest pewny („na łące, na burku i na ubiodrkach nie jest pewny”). Noga od kolana winna być suchą, prącie krótkie. Wszystko wyżej przytoczone stanowi cechy konia rączego i dobrego. Koń o wysokim kopycie i białym rogu będzie się potykał („rad będzie omylać”).

Koń przebudowany przedstawia niebezpieczeństwo w jeździe, gdyż również łatwo się potyka i trudno jest na nim usiedzieć. Koń o przedzie mocniejszym, wprawdzie ładnie będzie wyglądał, jednak mając chód zbliżony do chodu jeleniego, nie może porównać się z koniem o chodzie wilczym. Wszystkie te jednak wady i zalety dotyczące chodów ustępują przed „dobrocią gęby”, jak powiada autor. Co dotyczy pyska, to przestrzeń między kątem wargowym, a przednią ścianą warg powinna być jaknajmniejsza („gęba krótka”). Koń, który idzie chętnie na wędzidło będzie dobrym, lecz z drugiej strony nie powinien kłaść się nań, szukając oparcia dla nóg. Jazda na takim koniu w terenie będzie dość niebezpieczną. Konia o „złej gębie” nic naprawić nie zdoła, jedynie miękki pysk, przy umiejętnej nauce da możność prawidłowego ujeżdżenia.

W uzupełnieniu Pieniążka, „autor nieznany” dodaje do cech znamionujących dobrego konia, że oko powinno być wypukłe, róg suchy. Natomiast nie zgadza się co do rozmiarów „gęby”, gdyż w przeciwieństwie do poprzedniego autora, powiada, że „gęba powinna być długa”. Obaj zgadzają się z tem, że dolna szczęka ma być ruchliwą i dodaje dalej: „koń, który uszami strzyże, wargi kąsa i nogą grzebie” nie może być złym. Brzuch zaś dlatego powinien być duży, żeby koń mógł „dłużej w nim zatrzymać to co zjadł”. (!)

Co do kształtu kopyta z Pieniążkiem nie zgadza się Conrad, twierdząc, że róg powinien być głębokim, podczas gdy tamten, jako cechę dodatnią konia wojskowego, podaje róg płaski.

Jako jeden z niezbędnych warunków znamionujących konia dobrego Conrad wskazuje, że uszy mają być kosmate, ciało twarde i róg czarny. Koń o dużych nozdrzach, dużych wypukłych i wesołych oczach, jest mocnym, śmiałym i wytrwałym, zaś o oczach głęboko osadzonych i obwisłych uszach – leniwy. Jeszcze jedną cechą wytrwałości końskiej jest ogon, który odstawia jeśli się zań pociągnie.

Maści specjalnej przy doborze konia wierzchowego Pieniążek nie zaleca, gdyż ta przy dobieraniu tylko „woźnikom” (t. j. koniom zaprzęgowym) jest potrzebną, jednak powiada, „że kto na siwym koniu nie jeździł, ten nie jeździł na dobrym”.

To samo jako cechy dodatnie podaje Conrad, zalecając konie o różnych odmianach maści siwej jak: „białawy”, „biało – srokaty”, „biało – piegowaty”, „jabłkowity”.

Jeżeli znajdzie się już konia młodego, który będzie odpowiadał wyżej wspomnianym warunkom, należy go jeszcze poddać próbie kiełznania. Koń pierwszy raz kiełznany, jeśli będzie uciekał od munsztuka, można go brać pod wierzch, jeśli natomiast położy się na wędzidło i rozciągnie, może nadawać się tylko do wozu. Konia pod wierzch wybierać dużej miary.

2) Stadnik, stado, konie młode, ich urodzenie, karmienie i obchodzenie się (według Pieniążka).

Konia stadnego dobierać takiego, by był ładny, rosły, posiadał duże chody, czarny róg, dobre nogi tylne i był zuchwałym. Zuchwałość (fantazja) oznacza dobrą krew, a jeśli z czystej krwi powstało nasienie, wówczas i potomek musi być dzielny („a jeśli ex sanguine nascitur semen, tedy z obfitej proles potężna musi być”).

Dobroć konia zależy od miejscowości, skąd dany koń pochodzi. Stąd też istnieje różnica między końmi. A więc konie włoskie, tureckie, polskie, węgierskie, niemieckie, tatarskie i inne, najlepsze są z tych miejscowości, gdzie była ich kolebka, gdyż przeniesione, nawet do innych krajów, zawsze cechami swemi i obyczajami będą się wyróżniać. Autorowi w tym wypadku chodziło prawdopodobnie o to, że koń, dajmy na to rasy polskiej, urodzony i hodowany w Polsce, będzie lepszym od takiegoż konia, urodzonego i wyhodowanego w Niemczech lub Italji.

Haur dodaje, że klacze stanowić najlepiej w maju; stadnik w tym czasie ma być wolnym od wszelkiej pracy, przyczem karmić go należy czystym owsem. Do klaczy dopuszczać trzykrotnie.

Bardzo obszernie dział hodowli traktuje Dorohostajski, nie wchodzi to jednak w zakres niniejszej pracy.

Konia pod wierzch wybierać ze stada znanego ze swej dobroci.

Najlepszemi są źrebięta urodzone w marcu i kwietniu, gdyż jak powiada autor; „i od tego czasu poczęło się stworzenie świata i sam rok rozpoczął się, a przeto i każda rzecz, w tym czasie zrodzona, będzie lepszą”.

Sądzę, że autor w tym wypadku ma słuszność, jednak nieodpowiednio motywuje swe twierdzenie. Powiedziałbym raczej, że źrebię zrodzone w marcu, lub kwietniu, przebywszy wiosnę, lato i jesień łatwiej przyzwyczai się do zmiany temperatury i gorszych warunków egzystencji w zimie i następnie, że klacze w tym okresie, mając większą obfitość świeżej paszy, dawać będą więcej i zdrowszego mleka.

Źrebięta zrodzone wiosną mają pozostawać przy matkach do połowy listopada (Św. Marcin 11:XI), lub też dotąd, dopóki klacz będzie chciała je karmić. Poczem należy je umieścić oddzielnie w stajni w dużej zagrodzie, nie uwiązane. Poić dwa razy dziennie w stajni, niewyprowadzając do studni, gdyż w czasie gołoledzi mogłyby przy upadku doznać różnych obrażeń. Owsa dawać po korcu na cztery (w/g. Haura 14 garncy), mieszając z sieczką żytnią w stosunku jeden do dwóch, siana dobrego – ile zjedzą. Tak mają w stajni pozostawać aż do 23 kwietnia (Św. Wojciech), poczem puścić je na trawę na cały czas do 15 października (Św. Jadwigi), po tym czasie zabrać znowu do stajni i postępować z nimi w ten sposób do ukończenia trzech lat.

Rozdział II.

UJEŻDŻANIE KONIA WOJSKOWEGO.

1) Wiek i płeć.

Zarówno Pieniążek, jak i „autor nieznany”, jednogłośnie zgadzają się, że ujeżdżanie konia wojskowego należy rozpocząć po skończonych trzech latach. Według ich obliczeń, wypadnie to jednak cokolwiek więcej ponad trzy lata, gdyż Pieniążek podaje, że dopiero po „nowym roku na trzeci rok”, należy rozpocząć pracę nad koniem. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że źrebię urodziło się w kwietniu 1927 roku (wiosenne źrebięta uważane są za najlepsze), to ukończone trzy lata będzie miało w kwietniu 1930 r., a pracę rozpocząć należałoby dopiero po nowem roku t. j. po upływie jeszcze 8 miesięcy. Dorohostajski traktuje tę rzecz ściślej i każe rozpoczynać naukę po skończonych czterech latach, piętnuje nawet tych „szalonych pachołków, którzy na trzechletnim źrebięciu harce po bruku stroją”. Radzi również, żeby źrebię do lat trzech ani oswajane ani dotykane ręką nie było, gdyż ma to wpływać rzekomo ujemnie na wzrost.

Jedyną płcią uznaną za godną ujeżdżania pod siodłem były ogiery, inaczej zwane „drygantami”. Klacze traktowano jako matki, lub do zaprzęgu, a o wałachach „autor nieznany” zupełnie niepochlebne wypowiada zdanie. Koń do „potrzeby” (użytku wojskowego) „cały” (t. j. niekastrowany) jest najpewniejszy, bo nawet, gdy ustanie, to po krótkim odpoczynku pójdzie dalej, natomiast wałacha wypadnie albo porzucić, albo dać mu dłuższy odpoczynek. W rezultacie ogiera należy zawsze powstrzymywać, a wałacha ciągle popędzać, przeto ćwiczyć go raczej „do woza, pod myśliwca, lub z listami”, a do „wstępnego boju”, gdzie koniowi i mocy i chęci potrzeba, zupełnie się nienadaje.

2) Uspakajanie i ćwiczenia przygotowawcze.

Po Nowym Roku źrebca, który ukończył trzy lata wziąć z ogólnej zagrody i umieścić w stajni na uwiązie. Najlepiej umieszczać go między dwoma starszemi i spokojnemi końmi, bo i dostęp przez to doń łatwiejszy i łatwiej się nauczy „pokory” (posłuszeństwa), biorąc przykład ze swych towarzyszów. Przez cały czas trzymać pod nakryciem, często z nim rozmawiać, głaskać, brać nogi jak do kucia i postukiwać drewienkiem. Czynić to najczęściej przed dawaniem obroku, bo koń dla jedzenia wielu rzeczy chętnie się nauczy. Obchodzić się łagodnie i delikatnie, nie bić, a masztalerz, któremu oddano młodego konia pod opiekę, powinien pamiętać, że „nie konia, ale dziecię ma ku piastowaniu”.

Od końca lutego mniej więcej przez trzy tygodnie konie po rannym obrokowaniu trzymać do południa w stajni pod siodłami.

Po upływie tego terminu w przeciągu dwu tygodni oprowadzać młodego konia przy starym, zrazu stępem później kłusem na dużym kole. Okiełznany ma być tylko na kantar, na siodło zaś położyć korzec owsa. Przejażdżki te odbywać z rana.

Przez dwa tygodnie następne przejeżdżać konia młodego przy starym, jednak już pod jeźdźcem. Koń ma być kiełznany kawecanem, przy czym wodze od kawecana trzymają obaj jeźdźcy.

Gdy w ten sposób koń jeżdżony uspokoi się i nie będzie próbował uciekać, należy nań oprócz kawecana nałożyć uzdeczkę z wędzidłem, jeździec jednak ma trzymać za kawecan, a nie za uzdeczkę. Ćwiczyć w ten sposób w stępie i kłusie, w zatrzymywaniu i cofaniu oraz podnoszeniu, wykorzystując jakiś wzgórek. Okres ten ma trwać do początków listopada. Konia młodego należy przyzwyczajać do huku, strzelając przed dawaniem obroku z „rusznicy”, lub przejeżdżając po mieście między rzemieślnikami „stuk czyniącymi”, jak: blacharze, kotlarze, bednarze i t. p.

3) Wyprawa usarska, albo przy ziemi.

Dwa są sposoby przygotowania konia, jeden jest to „wyprawa usarska”, drugi zaś „wyprawa włoska”. Wyprawa usarska ma na celu przygotowanie konia wierzchowego dla celów wojennych, zaś wyprawa włoska jest już wyższą szkołą jazdy. Na każdą z nich potrzeba nie mniej niż po pół roku przy codziennem ćwiczeniu. Nie należy obu szkół mieszać i przed ukończeniem pierwszej nie rozpoczynać drugiej, gdyż mogłoby to konia zupełnie zepsuć. Najlepiej jest ujeżdżać konia samemu, niepowierzając go masztalerzowi; ćwiczyć z rana, gdy jeszcze i koń i jeździec są naczczo.

Osiodłać konia i nałożywszy nań kawecan i uzdeczkę, poprzypinać „poboczki” (fasulec), od kawecana do siodła i od ogona do popręgu. Początkowo dosiadać go z ławki lub pnia, by mógł się przyzwyczaić i nauczyć stać spokojnie. Po dosięściu nie od razu ruszać z miejsca, ale postać na nim chwilę, po zakończonej jeździe również nie od razu zsiadać i oddawać konia masztalerzowi, ale potrzymać samemu w ręku. Wszystko to ma na celu uspokojenie konia. Kawecan i „poboczki” używać dotąd dopóki koń nie będzie zupełnie uspokojony, postawionym i wyćwiczonym. Zrazu ujeżdżać w polu szerokim kłusem przez cztery tygodnie. Uczyć go przytem zatrzymywania wyłącznie zapomocą kawecana, „choćby nawet i wędzidło miał w pysku”. Gdy już na równym miejscu będzie się łatwo zatrzymywał, próbować zatrzymywania na pochyłościach. Jeśli koń usłucha, ściągnąć go lekko (tak, jakby się miało zamiar go cofnąć, a równocześnie uderzając palcatem po lewej łopatce, nauczy się go podnoszenia na zadzie. Żeby nauczyć konia wysokiego podnoszenia się, trzeba go w tych samych warunkach uderzać palcatem po prawej goleni.

Gdy już koń nauczył się zatrzymywania w kłusie i podnoszenia na zadzie, przystąpić do nauki jazdy na kołach.

Przy pomocy sznura wykreślić dwa koła styczne o promieniu 5 sążni każde.

Autor nieznany podaje tutaj znacznie więcej tych kół i o różnych rozmiarach, a mianowicie: dwa koła o promieniu 30 stóp, dwa o promieniu 20 stóp i dwa o promieniu 10 stóp.

Koła te winny być mocno rydlem, lub motyką naznaczone, żeby zarówno koń jak i jeździec mógł je wyraźnie widzieć. W zimie przygotować to samo pod dachem w szopie (kryta ujeżdżalnia).

W kołach tych ćwiczyć konia początkowo w stępie i kłusie, jeżdżąc trzy razy na prawo, trzy razy na lewo, zatrzymując i podnosząc. Aby koń sobie tej nauki nie sprzykrzył, jeździć nie dłużej jak po 15 minut dziennie w przeciągu czterech tygodni. Gdy już koń zostanie w powyższy sposób wykłusowany, ujeżdżać na tych samych kołach w przeciągu dwu tygodni galopem („na wielki skok”).

Następnie przygotować ścieżkę równą i gładką, prostą pod sznur, pozbawioną trawy, długości 120 stóp. Na obu końcach tej ścieżki wykreślić koła od 10 do 12 stóp średnicy, t. j. takie, aby koń mógł w nich tylko obrócić się. Jeżdżąc wzdłuż tej ścieżki zrazu stępem, później kłusem i galopem, zawracać go na krańcowych kołach, bacząc by koń po za wykreśloną linję nigdy nie wypadał. Użyć do tego celu kawecana z „poboczkami”, które albo umocować do siodła, albo trzymać w ręku i naprowadzać niemi konia na właściwy kierunek. Zwrotów nigdy nie powtarzać, a po zrobieniu jednego obrotu jechać na prostą (ścieżkę). Warunek ten ma, jak zobaczymy, swe uzasadnienie.

Dla nauczenia konia „korwet” 1), jeździec, siedząc w siodle, prowadzi konia wzdłuż płotu (ściany), drugi zaś idąc obok pieszo i mając w obu rękach palcaty, uderza niemi jednocześnie po zadnich i po przednich kolanach (t. j. po stawach napiąstkowym i skokowym), zmuszając tem konia do podskakiwania i wyrzucania zadem. To ćwiczenie jest przygotowaniem konia do szybkiego ruchu i zwrotów w miejscu ciasnem; to samo co przy użyciu palcatów z ziemi uzyskuje sam jeździec już z konia, każąc mu podnieść się, a równocześnie uderzając łydkami wzgl. ostrogami i podnoszą wodzami, zmusi do wyrzucenia zadu i co zatem – podskoku. Cel tego ćwiczenia w dalszym ciągu ma również swe umotywowanie.

Odpowiednik: „Kurbet” – współczesnej wyższej szkoły.
(Przyp. Redakcji).

Gdy już koń wszystkie te ćwiczenia opanował, jeździec powinien pilnie przestrzegać i nigdy nie rozpoczynać jazdy od „owych zwrotów i podskoków”, bo by koń do nich się przyzwyczaił i przeto stracił na gładkości i posuwistości przy ruchu naprzód „wciąż onej krótkiej wyprawy nadziewając się”. Ruch naprzód stałby się wówczas chwiejnym i niepewnym, co oczywiście ujemnie odbiłoby się przy władaniu kopją.

Nigdy nienależy przyuczać konia do robienia dwóch zwrotów, czy kół na jednym miejscu, przeciwnie, koń wojskowy powinien być tak przyuczonym, żeby po zwrocie odrazu „wyskok czynił” (t. j. szedł po prostej w nakazanym kierunku i chodzie). Pamiętać należy, żeby przez nieumiejętne ćwiczenie nie popsuć konia, bo łatwiej nawet na koniu niećwiczonym czegoś dokazać, niż na koniu popsutym przez złe ćwiczenie.

Na tych to ćwiczeniach polega cała dzielność (wyszkolenie) konia wojskowego.

Nauka biegania po prostej i zwrotów na jej krańcach 1) będzie przydatną przy walce wręcz, gdy koń nawet w najszerszym chodzie będzie posłusznym woli jeźdźca i zwróci się we wskazanym kierunku, przez co da możność po starciu szybkiego zwrotu ku przeciwnikowi. Nauka „korwetowania” da możność oswobodzenia się z tłoku, w wypadku, gdyby jeździec został osaczony przez pieszego, czy też konnego przeciwnika. Koń bowiem sam sobie dość miejsca uczyni („sam sobie rom uczyni”), żeby z tego natłoku móc się wydostać.

Współczesny „piruet” wyższej szkoły. Przyp. Redakcji.

Nie jest rzeczą wskazaną stawanie do zawodów na koniu niecałkowicie przygotowanym. Koń nieujeżdżony należycie przy gwałtownem zatrzymaniu może poranić sobie wargi i dziąsła, skutkiem czego staje się twardym w pysku i opornym.

Przy zatrzymywaniu nawet konia ujeżdżonego też uważać, żeby mu pyska zarówno munsztukiem jak i łańcuszkiem nie okaleczyć. Raz okaleczony staje się złośliwym i upartym, a na takim koniu „siła rzeczy przeciwnych, jeźdźcowi przygodzie się może”.

Konia pracować można tylko dotąd, dopóki czyni to chętnie. Gdy już osłabnie i zacznie się pocić, dać mu spokój. Przez zbytek zmęczenia staje się mniej posłusznym.

Nie jest dobrym koń, który zarówno w ruchu naprzód jak i przy wykonywaniu zwrotów nie stawia daleko nóg pod siebie, a kurczy raczej i uderza niemi zgóry „nakształt zająca”. Dobry koń w ruchu naprzód idzie jaknajniżej i nogi stawia w ten sposób, że ziemię poza siebie wyrzuca.

Haur wskazuje, żeby przez rowy i trudne przejścia nie przynaglać konia biciem, lecz przeprowadzać pomału i spokojnie.

Biorąc rzecz logicznie „korwetowanie” należałoby zaliczyć do „wyprawy włoskiej”, tak też tę sprawę traktuje „autor nieznany”. Jednak i Pieniążek i Dorohostajski zaliczają „korwetowanie” do „wyprawy usarskiej”, a ten ostatni w swem dziele (rozdział XII str. 93) zaznaczając, że tylko wyprawą „przy ziemi” zajmować się będzie, jednakże „redopii”, albo „czynienia w miejscu” specjalny rozdział poświęca. Pieniążek, jak już poprzednio zaznaczyłem, wyraźnie wskazuje do czego „korwetowanie” jest niezbędnem.

Autor nieznany podaje jeszcze jeden sposób ujeżdżania konia, przez autora nazwany „powszednim”.

Po skończeniu trzech lat dać na pół roku konia (źrebca) do wozu. Przez trzy miesiące niech chodzi w lejcu, a trzy miesiące w zaprzęgu pod jeźdźcem („na szwarcu”). (Uwaga: jeździć w zaprzęgu na szwarcu znaczyło, że jeździec prowadził konia naręcznego, sam zaś siedział na koniu drugim na kawałku czernionej skóry zamiast siodła). W ten sposób w zaprzęgu już uspokojonego konia osiodłać, nałożyć „uzdę krygowaną” (kawecan), przypiąwszy go rzemieniami do popręgu, aby wyrzucając łbem („wsparzając”) wędzidłem „gęby sobie nie kaził” (nie ranił). Tak na nim jeździć przez pół roku stępem, kłusem i galopem. W ten sposób ćwicząc „i koń i jeździec, byle z konia niespadł, czegoś się nauczą”.

Wystarczy zupełnie, jeżeli koń będzie umiał ruszyć z miejsca, zatrzymać się i zwrócić w nakazanym kierunku.

Opis powyższy jest najprymitywniejszym sposobem ujeżdżenia konia, służącego prawdopodobnie dla użytku „myśliwca, lub z listami”, w każdym razie nie dla „wstępnego boju”.

4) Szkolenie „jednochoda”.

Żeby nauczyć konia chodzenia skrocza 1), należy mu wiązać powyżej kolan rzemieniami jednostronnie położone kończyny. Dla uniknięcia splątania i nadeptywania tych rzemieni, przez siodło przesunąć rzemień łączący i umocować jego końce do rzemieni wiążących kończyny. Kiełznać tylko na kantar i przyciągnąwszy do piersi powodem zapiąć do popręgu, tak, żeby koń mógł widzieć własne przednie nogi i „często na nie poglądał”. W ten sposób przygotowanego przejeżdżać dwa razy dziennie po godzinie rano i wieczorem.

1) Chód ten był bardzo ceniony w dawnych czasach, jako b. spokojny. Przyp. Redakcji.

5) Niektóre upory końskie i ich poskramianie.
  1. – Zwroty.
    Normalnie koń chętniej zwraca się na lewą stronę niż na prawą. Jeśliby na jedną ze stron był mniej zwrotny, należy z nim postąpić w sposób następujący: wkopać w ziemię pal takiej wysokości, żeby sięgał koniowi do wierzchu głowy; na wysokości policzka umocować gruby drewniany drążek długości jednego łokcia, któryby wokoło słupa na osi mógł się obracać. Do drążka przyczepić postronek również jednego łokcia długości z dwoma pętlami („zamklami”). Jednym końcem postronek przymocować do drążka na słupie, drugim zaś do policzka u kawecana. Tak uczepiwszy konia z tej strony na którą zwracać się niechce, jeździć na nim początkowo kłusem, potem galopem, oczywiście od czasu do czasu przepinać na drugą stronę, „by się jeźdźcowi i koniowi nie zawrócił łeb”.
    Jeżeliby ten sposób nieposkutkował, wówczas po rannym obroku nałożyć derkę z popręgiem, uździenicę i kawecan, jednym rzemieniem od wędzidła pod piersi, drugim zaś od policzka kawecana do popręgu przypiąć, skręcając szyję w stronę, na którą koń obracać się niechce. Tak go pozostawić, oczywiście do karmienia i na noc wszystko zeń zdejmując.
    Trzeci sposób, w wypadku, gdyby oba poprzednie zawiodły, jest następującym: konia osiodłanego i okiełznanego na wędzidło (bez kawecana) uwiązać od policzka i wędzidła „poboczką” do tylnego łęku, zginając szyję w kierunku opornym i wyprowadziwszy na nawóz póty pędzać batem aż zmęczony upadnie; następnie „poboczkę” przeciąć i pozwolić mu podnieść się.

  2. – Zatrzymywanie:
    Jeżeliby koń po przebieżeniu pewnej przestrzeni (autor powiada „jednego stajania, lub na kopijny raz”) odmówił, lub niechętny był w zatrzymywaniu się, wówczas należy z nim rozpocząć ćwiczenia na ścieżce, której opis podano poprzednio, często zatrzymując i cofając.
    Gdyby mu to nie pomogło i uporu jego nie przełamało, należy z nim postąpić w sposób następujący. (Tutaj następuje opis maszyny, zaiste, inkwizytorskiej, mającej nauczyć konia zatrzymywać się w nakazanym miejscu).
    Wkopać dwie pary słupów w odległości 50 sążni między obu parami, odstęp między słupami w każdej parze ma wynosić jeden sążeń. Jedna para słupów ma być wysokości takiej, by sięgały koniowi do stawu biodrowego, druga zaś jeźdźcowi siedzącemu na koniu – do pasa. Na słupach dłuższych wywiercić otwory na wysokości słupów krótszych, zaś na tych umieścić na ośkach koła od wozu, tak, żeby się mogły obracać. Następnie umocować dwa grube postronki jednym końcem w otworach słupów wyższych, drugim – do piast obu kół i naciągnąć jak struny przez obracanie kołami. Zanim się postronki zacznie naciągać, wpuścić w obie liny po dwie pary drewnianych kołków długości jednej piędzi każdy w odległości dwu sążni od słupów. Osiodławszy konia i nałożywszy nań kawecan, „poboczki” przypiąć do siodła, samemu zaś siąść na konia i wjechać między pale. Następnie linką z dwoma pętlami połączyć podbródek „kawecana” z linami równoległemi.
    Naznaczyć na ziemi miejsce, gdzie chcielibyśmy konia zatrzymać; miejsce to powinno znajdować się bliżej, niż miejsce w którym zostałby ewentualnie koń zatrzymany przez linkę poprzeczną u „kawecana”, a nasunięta pętlami na liny równoległe (kołki poprzeczne będą spełniały rolę hamulca). Siedząc na koniu ruszyć „wskok” (galopem). Koń, jeśli nie zechce zatrzymać się dobrowolnie w oznaczonym miejscu i przekroczy je, zostanie odrzuconym przez linkę od „kawecana” na jakieś pół sążnia wstecz, skutkiem zatrzymania się obu pętli na poprzecznych kołkach lin długich. Liny długie, będąc naciągniętemi spełniają rolę cięciwy łuku. Zatrzymanie takie, jak powiada autor, nic koniowi nie zaszkodzi, gdyż „kawecan” działa nie na pysk, lecz na chrząstkę nosową. W powyższy sposób konia najbardziej opornego przyuczyć można do zatrzymywania się, po kilkakrotnie powtórzonym ćwiczeniu.
    Jak widzimy z opisu „maszyny” i sposobu jej użycia, sposób ten jest dość barbarzyński i wątpię, czy mógłby doprowadzić do pomyślnego rezultatu. Autor (Pieniążek) powiada dalej, że tylko łagodnym obchodzeniem się można poskromić konia płochego i gwałtownego, jednak tę metodę zaleca.

  3. – Oduczenie konia wyrzucania łba do góry.
    Koniowi, który „wsparza” (t. j. wyrzuca łeb do góry), gdy łagodnemi sposobami oduczyć się nieda, zastosować należy specjalny system wodzy. Mianowicie sporządzić rodzaj wodzy ze sprzążkami bez trzpienia. Wodze te przyczepić pod piersiami do popręgu, zaś przez sprzążki przesunąć wodze właściwe, tak, żeby się mogły w nich swobodnie suwać. Przy takich wodzach koń swobodnie i pływać i skakać będzie mógł, czego w „kawecanie” lub w przypiętej uździenicy uczynić by nie mógł.
    Jak widzimy wyżej opisany typ wodzy jest pierwowzorem jeszcze dotychczas stosowanego wytoka.

  4. – Upór koński.
    Konia upartego, który zatrzymuje się i niechce iść naprzód, uwiązać postronkiem za szyję do końców szleji nałożonych na drugiego konia. Na konia w szlejach siąść samemu, a tego opornego ciągnąć za sobą. Gdyby to nieskutkowało, podłożyć pod opornego konia wiechcie zapalonej słomy, koń przerazi się ognia i napewno pójdzie naprzód (!).

6) Koń wierzchowy, wiek, próba.

Jeśli chodzi o kupno dobrego konia, zewnętrznemu wyglądowi jego zaufać nienależy, a samemu go popróbować, lub też posadzić nań przyjaciela, „któremuby ufało się jak samemu sobie”.

Bieg konia próbować w terenie nierównym, przez rolę i wysokie zagony. Gdy chodzi o sprawdzenie dobroci nóg, puszczać konia po drogach kamienistych, po bruku i na stromych pochyłościach (,,i po ubiedrzy przykrej”). Jeśli ma jaką wadę w nogach, napewno zacznie chromać po przebyciu po takiej drodze „mil ze trzy”.

Dla wypróbowania siły i wytrwałości najlepiej wyjechać w pole z psami, gdzie wszelkich chodów użyć będzie trzeba, a jeśli po całodziennej pracy koń ochotnie i raźno będzie wracał do domu, można być pewnym, że wytrzymałości mu nie brak.

Zdatność konia do boju („potrzeby”) doświadcza się w następujący sposób: Wyjechać we dwadzieścia albo i więcej koni w pole i podzieliwszy się na dwa hufce stanąć naprzeciw siebie w odległości czterech stajań. Podzielić całą przestrzeń na połowy słomą, przy każdym hufcu wyznaczyć starszego dla porządku. Teraz jeźdźcy wyjeżdżają kolejno na harce po jednym z każdego hufca. Ten, który zostanie dotknięty palcatem, zanim dopadnie swego oddziału, staje się jeńcem i udaje się do zwycięskiego hufca, stając pozanim na skrzydle w odległości ,,10 zagonów”.

Jeśliby się zdarzyło, że jeden z zawodników strony przeciwnej dopadł do jeńców i dotknął ich palcatem, jeńcy stają się wolnemi i wracają do swego hufca. Zważać, żeby dwóch nie nacierało na jednego.

W tej zabawie, zwanej „kaptywuszem” (captivum – schwytany, zniewolony) „pewności gęby, nóg i rączości doznać snadnie każdy może”.

Próbą konia „dotarczywego”, t. j. sposobnego do „potrzeby” będzie również, gdy koń nie zlęknie się ani płomienia, ani obnażonej broni i natrze, gdyż, jak powiada autor, „koniowi żelazo dobyte straszna rzecz jest”.

Gdy koń jeszcze nie ujeżdżony okaże się trudnym w zatrzymywaniu („a bystrym pokaże się w stanowieniu”) można sobie zeń więcej obiecywać, niż z konia o spokojnym temperamencie, oczywiście jeśli animusz pochodzi z przyczyny naturalnej, nie zaś sztucznej. Koń taki będzie wytrwałym w pracy, czego zrazu o koniu łagodnego charakteru powiedzieć nie można.

Koń, który drobno stąpa, jak również koń o ładnej postawie i ruchliwy – złym nie będzie.

Konia spokojnego dawać do ujeżdżania jeźdźcowi o żywym temperamencie i odwrotnie, konia gorącego – spokojnemu i zrównoważonemu.

Najodpowiedniejszym wiekiem dla konia wierzchowego jest czas od 7-go do 14-go roku życia. Po skończonych 14-tu latach, „iżby najdłużej nawet żył, już coraz gorszym będzie”.

Wartość konia dobrego, ujeżdżonego i ładnego wynosiła 50 złotych polskich, konia zwykłego i nieujeżdżonego 20 złotych polskich (w roku 1607).

7) Dosiad, postawa na koniu, trzymanie wodzy.

Jeździec przy wsiadaniu niech włoży lewą nogę w strzemię, lewą ręką ująwszy grzywy (nie gdzie indziej) i stojąc wyprostowany jak pręt jaknajbliżej konia, z prawą nogą lekko ugiętą, wzniesie się na siodło, siadając środkiem rozkrocza. W biegu nie pochylać się na żadną stronę, lecz siedzieć wyprostowanym. Niektórzy jeźdźcy siedzą zgarbiwszy się, a gdy koń w ruchu pochyla się w którąś stronę, kurczą tę nogę, w obawie upadku na bok („ubiedrznego”) co bardzo nieładnie wygląda.

Siad powinien być prosty, noga w strzemieniu do pół stopy („do półbotka, jeśli usarz”), napiętkiem ku dołowi i przy boku końskim, tak jednak, by ostrogą konia nie tykać. Lewa ręka z wodzami nad kłębem, jeśli koń wyrzuca łeb do góry, lub nad przednim łękiem, jeśli głowę nosi prawidłowo. Wodze rozdzielone palcami, przyczem prawa ręka trzyma koniec wodzy lub buławę na udzie.

Przed wsiadaniem należy obejrzeć popręg, strzemiona, puśliska i uzdę. Na konia nieujeżdżonego mieć palcat w prawej ręce. Dosiadłszy objąć konia łydkami i siedzieć prosto. (Autor nieznany powiada, że tylko kolanami ścisnąć). Na „jarczaku” (siodło kozackie), trzymać się wyłącznie kolanami. W czasie jazdy prosto koniowi między uszy patrzeć, dosiadłszy, nieodrazu z miejsca ruszać, ale postać trochę, toż samo po zejściu, nieodrazu z ręki oddawać.

Strzemiona mają być tak dopasowane, żeby po przyłożeniu palców do dziury, gdzie puśliska w siodle są zawieszone, dolny kraniec strzemienia trafiał pod pachę.

Jeśli koń ma robić koło, niech jeździec wewnętrzną nogę wraz z ostrogą przy boku końskim dzierży, zaś tę zewnętrzną ku środkowi trochę odchyli, aby koń przy zmianie kierunku i przy podaniu wodzy zrozumiał, na którą stronę jeździec go chce obrócić.

8) Chody.

W owych czasach rozróżniano następujące chody: „stęp, albo „stępia”, „kłus” („kłós”) – „lekki” – „mały” – „podróżny”, „kłus wielki”, albo „rychć”, „cwał” inaczej „bieg wielki”, lub „wskok”.

Pieniążek i „autor nieznany” podają, że koń może przejść za godzinę stępem pół mili, kłusem podróżnym l milę, rychcią 2 mile, wskok 4 mile.

Według profesora Rostafińskiego istniały w Polsce dwa rodzaje mil: tak zwana „mila mała” – 5565 m. i „mila duża” – 7420 m. „Kalendarz Wojskowy” za rok 1928 podaje milę polską na 8534 m.

Poniżej podaje tablicę porównawczą chodów końskich, obowiązujących obecnie, w porównaniu z chodami podanemi przez Pieniążka i autora nieznanego przy zastosowaniu wszystkich rodzajów mil.

Normy (rodzaje)
chodów

Norma obowiązująca
obecnie
(teoretycznie)

Normy podane przez Pieniążka i Autora Nieznanego
przy zastosowaniu trzech rodzajów „mil”

Przestrzeń przebywana obliczona w km/godz.

Mila mała w/g Rostafińskiego
5565 m

Mila duża w/g Rostafińskiego
7420 m

Mila polska w/g „Kal. Wojskow.”
8534 m

Stęp (stępia) .

6

2,8

3,71

4,27

Kłus . . . .

12

„Kłus podróż
ny” . . .

5,6

7,4

8,5

„Rychć” . .

11,13

14,8

17

„Galop”
(wskok) .

22,5

22,26

29,26

34

Z powyższej tabelki widocznem jest, że normy podawane przez Pieniążka i autora nieznanego są zupełnie niewspółmierne z normami dzisiaj obowiązującemi.

Wytłumaczyć tę różnicę możnaby albo niedokładnością pomiaru odległości, albo niedokładnością obliczania czasu, boć przecież koń, jako taki żadnej ewolucji nie uległ. Najbardziej zbliżonemi są rubryka l-sza „kłus” z rubryką 3-cią „rychć” jak również galop, natomiast śmiesznie małym jest stęp 1).

1) Przyjmując za podstawę milę polską „dużą” widzimy, że stęp był b. krótki i służył do wypoczynku, zaś normalnym chodem marszowym był kłus mały (coś w rodzaju spokojnego truchcika). Natomiast „rychć” była chodem bojowym lub parady i pokazów. Przyp. Redakcji.

Rozdział III.

PRZYGOTOWANIE KONIA DO BIEGÓW (ZAWODÓW).

1) Sposób pozbawiania konia tłuszczu. („Ku harowaniu konia”) w/g Conrada.

Naprzód konia zmęczyć. Sporządzić preparat z drobno krajanych gwoździków, cynamonu, imbieru, muszkatułowego kwiatu, tatarskiego ziela i gałgana (korzeń roślinny). Moczyć to wszystko przez pięć dni w mocnym winie. Winem tym następnie skrapiać dobrze oczyszczony owies i karmić nim konia. Wina, w miarę jak go będzie ubywało, dolewać, tak, żeby zawsze było mocne. Wino to można i samemu używać, jeśli się ma zamiar stawać do zawodów. Pić je należy naczczo z rana, lub wieczorem przed snem.

Koń ma być stale niesyty, ale też i nie morzony głodem. Tłuszcz spędzać stopniowo, jeździć na nim pomału, często myć w łaźni, gdyż w ten sposób będzie tracił sadło. Zamiast siana dawać mu „podżniku”, gdyż ten również pozbawia tłuszczu. Cztery razy dziennie dawać koniowi po 3 przygarście owsa, by w nim trzewia nie zaschły – koń zamorzony przegrałby.

Na trzy dni przed samym biegiem sporządzić maść z gliny zmieszanej z drożdżami i wysmarować nią całego konia. W przeddzień biegu maść zmyć.

Po zakończonym biegu dać koniowi trochę siana zmoczonego w wodzie.

W zimie, aby koń nie nabierał śniegu, nalewać w kopyta roztopiony łój.

2) Przygotowanie konia do zawodów, w/g Marcina Siennika.

Dla osiągnięcia dodatnich wyników w zawodach, należy rozpocząć przygotowanie konia w sposób następujący.

Przez dwa tygodnie dawać czystą słomę żytnią, owsa tyle, ile tylko zjeść może. Rano i wieczorem wyprowadzać konia na spacer, pozwalając mu się wytarzać, poczem wprowadzić do wody bieżącej, stawiając tak, żeby do połowy boków był zanurzony. Po przyprowadzeniu do stajni natrzeć nogi mieszaniną grzanego piwa lub octu z masłem.

W tym okresie przejeżdżać go po torze co trzeci dzień wraz z drugim koniem, tak, żeby się dobrze zagrzał. Ma to na celu przyzwyczajenie i zaznajomienie konia z torem.

Na cztery dni przed zawodami karmić konia śrutem owsianym obgotowanym i czystą słomą żytnią, przyczem uważać, by jadł tylko dotąd dopóki je z apetytem, potem uniemożliwić sięganie po jadło przez nałożenie kagańca.

Karmienie ma odbywać się trzy razy dziennie: rano, w południe i wieczorem.

W okresie tych czterech dni przed zawodami konia wiązać nie należy; dać mu swobodę ruchu.

Poić wodą, w której uprzednio moczone były przez kilka dni pręty wierzbowe.

Nogi smarować roztopionym szpikiem wołowym.

W dniu zawodów karmić konia owsem z dodatkiem jęczmienia, po uprzednim namoczeniu w mocnym winie, lub małmazji.

Na godzinę przed samym biegiem dać koniowi siana również winem skropionego, nogi powyżej kolan natrzeć wódka, dać pójło sporządzone z sucharów chlebowych wraz z winem. W nozdrza wpryskać piórem wina mocnego z domieszką tartego imbiru. Do wędzidła przywiązać szmatkę, w którą zawiązano krajany „Gałgan” i „dziewięsił”.

Dla ochrony przed czarami zawiązać w grzywie myrrhę, kadzidło i złoto. „Jeśli kto wierzy w to, to skutek będzie pewny, bo silna wiara mury kruszy”.

Przed samem puszczeniem jądra i puzdro umyć mocnym octem.

3) Prędki sposób przygotowania konia do zawodów, w/g Marcina Siennika.

Przez dwa tygodnie karmić konia owsem przygotowanym w następujący sposób: czysty i przebrany owies zmieszać z cukrem lodowatym i białkiem, wysuszyć na słońcu, poczem dawać koniowi posypując solą.

W stajni koń ma chodzić luzem, nieuwiązany i w kagańcu (prawdopodobnie dlatego, by ponad miarę nie jadł).

Na trzy dni przed biegiem kazać go przejeżdżać pod derką bez siodła.

Po trzech dniach, gdyby koń niebył jeszcze dobrze przygotowany („harowan”) należy mu wysmarować nogi maścią sporządzoną z gliny, octu, ałunu, jajek i pozostawić nasmarowanego aż do zupełnego wyschnięcia, poczem nagrzawszy łaźnię zmyć wszystko ciepłą wodą z ługiem, a po wysuszeniu nakryć prześcieradłem i derką i wysoko podwiązanego postawić w stajni.

Rozdział IV.

1. KARMIENIE, KUCIE, PIELĘGNACJA I PRACA KONIA.

Pamiętać o tem trzeba, żeby koń przysługującą mu rację obroku otrzymywał w całości. Od niedoglądu nad obrokiem, a przy nieuczciwej obsłudze koń zmarnieje, schudnie. Obrok (owies) przed wydaniem jaknajdokładniej oczyścić z domieszek. Jako dzienna racja obroku przysługuje koniowi „ćwierć chęcińska” owsa i jedna czwarta sieczki, dla zapobieżenia ochwatowi. Siana na noc dawać wiązkę wielkości cebra, gdyż koń w nocy nietylko leży i spoczywa, lecz również je.

Najzdrowszą wodą do pojenia jest woda stojąca, gdyby takiej w pobliżu niebyło, a znajdowała się tylko bieżąca, należy ją przed pojeniem zamącić, gdyż będzie koniowi i zdrowszą i sytniejszą. Tutaj z Pieniążkiem niezgadza się Haur, który zaleca poić konie często lecz w wodzie rzecznej, a więc bieżącej.

Aby róg się nie zwężał, konie należy przekuwać co cztery tygodnie. „Krzele” (w/g profesora Rostafińskiego jest to róg pod kopytem wyrastający poza podkowę) wybierać dokładnie, zaś samej „płaszczyzny” (podeszwy) nie ruszać. Bez podków nie jeździć, gdyż łatwo można uszkodzić kopyto zwłaszcza na bruku, gdzie róg łatwo się zapala. Konia z obłamanym rogiem pozostawić aż do odrośnięcia rogu. Gdyby jednak nagła potrzeba zmusiła jechać na takim koniu, wówczas okuć go na skórę ze słoniny lub na filc.

Nic tak nie psuje nóg końskich jak złe kucie i nieumiejętne wybieranie rogu. Nienależy pasować kopyta do podkowy, lecz odwrotnie. Głównie wybierać rowki wokół strzałek („strzelice”), które łatwo ulegają zanieczyszczeniu. Rogu starego nie ruszać, gdyż do niego powinna być przybita podkowa, nie zaś do młodego, i głęboko wybranego. Głębokie wybieranie rogu jest szkodliwem dla konia zwłaszcza na drogach kamienistych, gdyż podkowa będzie wywierała ucisk, a koń chroniąc nogi od urazu pocznie ostrożnie i niepewnie stąpać.

Główną pielęgnację roztoczyć nad kończynami, gdyż na nich polega cała wartość konia.

W stajni przednie nogi mają stać zawsze na ziemi, dla uniknięcia zsychania się rogu; pod tylnemi mogą być deski. Dobrze jest konia przed obrządkiem prowadzać po wilgoci, po rosie. Owca chowa się na górach i w miejscach suchych, koniowi natomiast najzdrowszą jest nizina i wilgoć.

Konia w stajni długo nie trzymać, ale przynajmniej raz na trzy dni przejeżdżać. Z długiego stania różne choroby powstać mogą.

Jeśli chce się zachować konia długo w zdrowiu, po każdej pracy należy go nakryć i oprowadzać aż odpocznie, nie poić wcześniej, dopóki nie zje trochę siana. Przy pojeniu, gdy wody nabierze do pyska, raz albo dwa razy łeb mu munsztukiem do góry podnieść, by wodę, której nabrał wraz ze śliną wypluł; tą pierwszą śliną koń się najłatwiej ochwaca.

W uzupełnieniu Pieniążka „autor nieznany” dodaje, że przed kuciem należy konia postawić na godzinę do wody, aby mu róg odmiękł, zaś Haur każe zrana i wieczorem zgrzebłem czyścić, trzepaczką wykurzać, szmatą zmaczaną w ciepłej wodzie wymyć oczy, czuprynę, grzywę i ogon. Zawsze konia trzymać pod nakryciem: latem pod płótnem – zimą pod kocem. Uszy wystrzygiwać, pod oczami dzikie włosy wyrywać („włosy bojaźni”).

Jazda nocą jest dla konia szkodliwszą, niż najcięższa praca dzienna, co nietrudno poznać, bo po nocnej pracy koń więcej zesłabnie, niż po pracy nawet w upalny dzień. Tylko noc daje wszystkiemu stworzeniu wypoczynek.

2. STAJNIA.

Stajnie należy utrzymywać we wzorowej czystości. Budować w ten sposób, żeby po obu stronach mogły stać konie, lub też po jednej stronie stały konie, zaś po drugiej znajdowały się okna. Okna mają być duże i wychodzić na wschód lub na południe. Stanowiska pod końmi zbijać z gliny ze starych pieców, tak żeby były dobrze twarde. Na zimę stajnie przed chłodem zabezpieczać.

Dorohostajski radzi robić między końmi przegrody dla zabezpieczenia od uderzenia i wymaga, by jaknajbliżej stajni znajdowała się kuźnia. Kowal co rano ma sprawdzać, czy który z koni nie zachorował, co łatwo z jego zachowania się i oddanego kału może poznać.

Rząd koński złożony w izbie masztalerskiej raz na tydzień przejrzyć i oczyścić.

* * *

Na tym mniej więcej kończyłyby się wspominki historyczne o tem, jak przodkowie nasi traktowali sprawę „wychowania” końskiego. Przedstawiłem sprawę, tak jak się ona w czasach owych przedstawiała, starając się uniknąć wszelkich komentarzy i uwag własnych.

Maksyma „nihil novi sub sole”, jak widzimy, ma tutaj swe głębokie potwierdzenie.

Sztuka jeździecka, jako taka, znaną była od czasów przedhistorycznych, a i później, czy to za czasów Ksenofontesa, Aleksandra Wielkiego, Hannibala, Napoleona, czy Stuarta jeździec siedział na koniu, a nie odwrotnie, musiał mieć wodze do kierowania nim, musiał kuć dla zaoszczędzenia nóg, a dla wygody własnej wymyślił siodło.

Zapewne, że wiele rzeczy znajdziemy w poglądach naszych przodków nierealnych, niepraktycznych, częstokroć śmiesznych, a nawet grubo zakrawających na zabobon. Choćby, to, że kopyto ma być płaskie, a róg koniecznie czarny, że poić trzeba wodą zamąconą, gdyż jest „zdrowszą i sytniejszą”, że najlepsze są źrebięta kwietniowe, bo „wtedy rozpoczęło się stworzenie świata”, że koń ochwaca się własna śliną i t. p., niemniej jednak, musimy przyznać, że sztuka jeździecka stała u nas bardzo wysoko, a takie rzeczy, jak oswajanie konia, początki ujeżdżania, wiek, rozpoczęcia pracy nad koniem, obchodzenie się i t. p. nic nie straciły na swej aktualności. A przyznam się, że wiadomość o stosowaniu krytej ujeżdżalni przed czterystu laty i uprawiania zawodów nietylko letnich, ale i zimowych, było dla mnie osobiście całkowitem zaskoczeniem. Sama literatura współczesna wskazuje, jak dalece interesowały nas sprawy końskie, jest bowiem wcześniejszą od literatury środkowo-europejskiej.

„Doświadczenie u nas co do konia jest wielkie. Wszystko co tutaj podano przy dobrej woli każdemu łatwo przyjdzie. Życzę wam, byście się tego wszystkiego ku własnej potrzebie i chwale naszej miłej Ojczyzny nauczyli, a postępowali jak Jej prawym synom przystoi, biorąc wzór z przodków, i ku obronie Jej, a sławie nieśmiertelnej służyli”.

Temi słowy zakończył swą pracę w roku 1607 pan Krzystof Pieniążek.

* * *

ŹRÓDŁA.

  1. „Spraua, a lekarstua końskie przez Conrada Królewskiego Kowala doświadczone: nowo s pilnosczią przełożone, a napirwey o poznaniu dobrego konia”. Rok 1532. Wydał Dr. Andrzej Berezowski, Kraków 1905 r.

  2. „Ziemiańska Generalna Oekonomika przez Jakuba Kazimierza Haura sporządzona”. Drukarnia Uniwersytetu Krakowskiego. Rok 1579.

  3. „Gospodarstwo Jezdeckie Strzelcze y Myśliwcze z doświadczenia N. N. Szlachcica Polskiego napisane Roku Pańskiego 1600. A teraz świeżo z dozwolenia starszych do druku podane w Poznaniu 1690”.

  4. „Hippika, albo sposób poznania i stanowienia koni przez Chrzystofa Pieniążka pisana Anno Domini 1607”.

  5. Marcin Siennik „Nauka leczenia”. Rok 1563.

  6. „O Myśliwstwie, Koniach i Psach Łowczych Książek Pięcioro” z lat 1584 – 1690. Wydał Józef Rostafiński. Kraków 1914.

  7. „Hippika, to jest księga o koniach potrzebna i krotochwilna młodości zabawa przez Krzysztofa Dorohostajskiego ku pożytkowi ludzi rycerskich na jasność wydana”. W Krakowie u Andrzeja Piotrkowczyka. Rok 1603.

1934/3 (101) poz.5

MJR. JÓZEF TRENKWALD

ROZWÓJ I RACJA BYTU NATURALNEGO SYSTEMU JAZDY KONNEJ.

„Tylko koń posłuszny w terenie
jest zupełnie opanowany”.

Rozwój sztuki jeździeckiej jest ściśle związany z wymaganiami, które w poszczególnych epokach stawiano koniowi w jego użyciu. Zwalczanie nowopowstałych prądów i nowych zasad, które się odbywało, odbywa i zawsze odbywać będzie, jest objawem zupełnie naturalnym i nie ogranicza się zresztą tylko do sztuki jeździeckiej, lecz towarzyszy każdej ewolucji zapatrywań w dziedzinach, czy to sztuki, czy techniki, czy też nauki.

Co do sztuki jeździeckiej, to literatura fachowa, szczególnie z końca XIX wieku, pełna jest tej walki, którą dziś w dalszym ciągu przeżywamy. Jeden objaw jest ciekawy: mianowicie, że ci sami ludzie, którzy kilkadziesiąt lat temu oburzali się, że starsza generacja uważała ich za rewolucjonistów w jeździe konnej, nie mogą dziś zrozumieć i z tem się pogodzić, że czas zrobił swoje, że ich inowacje były tylko jednym stopniem na schodach ewolucji.

Pogodzenie się z postępem nie zmusza do pochopnej zmiany swoich zapatrywań, lecz po co go zwalczać, gdy się go i tak nie wstrzyma, a co najwyżej przeszkadza.

Jak wspomniałem, sztuka jeździecka, t. zn. uprawianie jazdy konnej i ujeżdżanie koni, rozwinęła się, w zależności od końcowych wymagań, stawianych jeźdźcowi i koniowi, przyczem odegrały dużą rolę warunki życiowe w poszczególnych okresach. Jest zrozumiałem, że ze zmianą końcowego celu uprawiania jazdy konnej i forma zewnętrzna tej jazdy musiała się zmienić. Koń przedstawiał i przedstawia jeszcze dziś dla człowieka różną wartość i rózny był, jest i będzie sposób jego użycia: jako środek do walki o byt, jako towarzysz przy zdobywaniu żywności lub w walce z wrogiem, jako pomocnik przy uprawie roli, przy przenoszeniu lub przewożeniu ciężarów, jako środek komunikacyjny pod wierzch i w zaprzęgu, w końcu jako przedmiot luksusowy.

Nas, jako jeźdźców – głównie interesować będą tylko te gałęzie, w których koń jest użyty pod wierzchem. Szczególnie sposoby walki i związane z nimi zadania, stawiane jeźdźcom i koniom, piętnują rozwój sztuki jeździeckiej. To, co dawniej, – szczególnie w narodach par exellence bitnych na koniu – przechodziło ustnie z ojca na syna, z czasem zostało ujęte w przepisy i podręczniki, gdyż przygotowanie coraz większych mas do walki zmusiło do ustalenia zasad w wyszkoleniu tak jeźdźców, jak i koni. Widzimy przytem, że wraz ze zmianą sposobu użycia jeźdźca i konia w walce zmieniają się i poglądy na wyszkolenie tak jednych, jak i drugich. Prócz tego cechy indywidualne narodów, ilościowy i jakościowy stan koni, warunki terenowe i klimatyczne – odgrywają dużą rolę w tej ewolucji.

Od jeźdźca na oklep doszło stopniowo do jeźdźca walczącego w ciężkiej zbroi. Z wynalezieniem broni palnej ustępuje ciężka zbroja, równocześnie zwiększają się wymagania ruchliwości i szybkości.

W XVI wieku rozwija się szkoła klasyczna, której ruchy miały wówczas swoją rację bytu w praktycznem użyciu konia; pesady i krupady chroniły jeźdźca przed ciosem, kaprjola nie dopuszczała atakującego z tyłu.

Szkoła klasyczna utrzymała się dotychczas, gdyż wykorzystywano ją w wszelkich popisach i pokazach, w które szczególnie obfitował cały XIX wiek.

Następny okres, który jest rozkwitem używania dużych mas kawalerji, mimo, że żąda wielkiej ruchliwości zwartych oddziałów, nie wymaga szczególnej zręczności poszczególnych jeźdźców.

Jazda dzieli się na lekką (do rozpoznania) i ciężką (do bitwy). Coraz większa skuteczność broni palnej, zmusza stopniowo do coraz większego rozdrobnienia oddziałów w akcji; wymagania szybkości i pokonywania terenu się zwiększają; teren musi być wykorzystany, musi więc być dostępnym dla jeźdźca. Pojedynczy jeździec odzyskuje swoją wartość; występuje jako towarzysz, względnie obsługa nowoczesnych środków bojowych, by, zależnie od położenia, walczyć konno lub pieszo. Rozdrobnienie nawet najmniejszych jednostek podczas akcji, wymaga, by poszczególni jeźdźcy byli zupełnie niezależni od terenu. Bardziej, niż kiedykolwiek, zwiększyły się wymagania pod względem wytrzymałości, szybkości i zdolności pokonywania pojedynczo trudności terenowych, gdyż jedynem polem działania kawalerii w akcji jest sam teren ze wszystkiemi swemi nierównościami i przeszkodami. Poza akcją bojową nowoczesna kawalerja również posługiwać się będzie siecią komunikacyjną; lecz coraz dalej od npla i coraz częściej będzie musiała się posuwać w terenie. Pierwszy lepszy napad lotniczy i coraz dalej sięgająca donośność ognia artyleryjskiego tego wymagają. Więc kawalerzysta, który nie będzie mógł szybko i łatwo posuwać się w każdym terenie, który nie potrafi przenieść swego sprzętu ogniowego jak najszybciej i jak najbliżej npla , by potem, zależnie od położenia w konnej lub pieszej walce wręcz, szukać rozstrzygnięcia, będzie – mimo swego technicznego uzbrojenia – bezużytecznym.

Analizując wymagania stawiane dzisiejszej kawalerji pod względem jeździeckim, dochodzimy do wniosku, że są one w głównych zarysach dwojakie: wielka zdolność marszowa większych lub mniejszych oddziałów i umiejętność szybkiego posuwania się w każdym terenie, szczególnie w szykach luźnych, t. zn. pojedynczych jeźdźców. „Ćwiczenia walki” w czasach pokoju w poszczególnych okresach, przystosowane są do walki rzeczywistej i rodzaj tych ćwiczeń często lepiej wskazuje na istotne potrzeby, niż oficjalne instrukcje wyszkoleniowe.

Po turniejach rycerskich przychodzi okres karuzeli; w XIX wieku znikają karuzele, na ich miejsce wstępują polowania za psami i sport wyścigowy, mające na celu szkolenie jeźdźca i konia w terenie. Stopniowo przeistoczyły się walki ćwiczebne w zawody sportowe. Sport wyścigowy dziś bardziej, niż dawniej, służy hodowli.

W innych zawodach sportowych wysunęło się na pierwszy plan jednostkowe wyszkolenie konia pod względem jego opanowania, umiejętności przebywania przeszkód i posuwania się w terenie, szybkości i wytrzymałości. I dziś mamy wszechstronne próby konia wierzchowego (championat de cheval d’armes), polowania par force, biegi na przełaj, zawody o mistrzostwo wojska, biegi gońca i patroli, które coraz trafniej oceniają cechy dobrego konia i jeźdźca wojskowego.

Ze zmianą wymagań końcowego celu ujeżdżenia, musiała też nastąpić zmiana poglądów na pracę przygotowawczą. Z chwilą – gdy szkoła klasyczna stała się nieżyciową, musiało dojść do rozłamu między nią a jazdą użytkową. Pierwszy przełom w zasadach klasycznej sztuki jeździeckiej widzimy w XVIII wieku; lecz wymagania ówczesnej jazdy użytkowej, które doprowadziły do tego przełomu, są jeszcze dalekiemi od wymagań dzisiejszych. Manewrowanie w zwartych masach i walka wręcz w przewalających się falach boju kawaleryjskiego, wymagały więcej zwrotności aniżeli szybkości i zdolności przebywania różnego terenu, które musi posiadać koń użytkowy dzisiejszy.

Osadzenie konia (przesunięcie jego punktu ciężkości bardziej do tyłu), by zad konia bardziej wykorzystać do noszenia ciężaru masy konia i jeźdźca, było wymagane i wyrobione; sprzyjało to ostrym zwrotom i chodom skróconym, lecz pociągało za sobą utratę możności pełnego wykorzystania siły popędowej zadu, co jest jego głównem zadaniem, szczególnie tam, gdzie chodzi o pokonywanie nierówności terenowych i o rozwinięcie szybkości.

Koń miał być bezwolnem i niesamodzielnem narzędziem, któremu jeździec ciągle regulował równowagę dla panowania nad nim. Przeszkadzało to w najwyższym stopniu rozwojowi szybkości, wytrzymałości i zdolności pokonywania nierówności terenowych, gdyż wytrzymałość wymaga płaskiego, rozprężonego i przez to siły oszczędzającego chodu. Szybkość i zdolność przebywania nierówności terenowych wymagają równowagi, którą nie jeździec, lecz sam koń dysponuje. W samodzielności konia zaś leży pewność przebywania trudnego terenu. Stopniowo zasady klasycznej szkoły stają się coraz bardziej przesiąknięte racjonalnemi zasadami, idącemi w kierunku rozwoju nowo wymaganych właściwości konia użytkowego.

I tak doszło do t. zw. „Campagneschule”; jest ona jednak utworem połowicznym i często ma wyraz niezrozumianej jazdy klasycznej, gdyż przejęła dużo ze szkoły klasycznej, co tam miało znaczenie, lecz tu okazało się bez użytecznem, a nawet zawadzało. Dopiero Caprilli w początkach XX wieku staje się twórcą naturalnej sztuki jeździeckiej i daje podstawę wszystkim nowopowstałym systemom, mającym na celu jazdę użytkową.

* * *

Właściwie powinno się samo przez się rozumieć, że ujeżdżenie dzisiejszego konia użytkowego powinno polegać na wyszkoleniu, które go robi łatwym do prowadzenia i zdolnym do przebywania z odpowiednią szybkością najtrudniejszego terenu, wyrabiając przytem jego wytrzymałość. Jedynie rezultaty osiągnięte w terenie są miarodajnemi dowodami, czy wyszkolenie konia użytkowego było racjonalne. Dodatnie wyniki w dziedzinie tych wymagań – które dała szkoła klasyczna lub inna niż naturalna, nie zostały osiągnięte dzięki, lecz mimo niej, według przysłowia, że: „niema reguły bez wyjątku”. Wszyscy wrogowie naturalnego systemu niech pamiętają, że 50 lat temu robiono jeźdźcom, którzy jeździli według poglądów dziś przez nas zarzuconych, te same zarzuty, co dziś nam, mianowicie: brak ujeżdżonych koni, upadek sztuki jeździeckiej i t. d.; a przecież tak samo, jak i tamci – tak i my dostosowujemy się tylko do aktualnych warunków.

Poniżej przytaczam kilka przykładów, by udowodnić, że tak było.

Major policji niemieckiej (przed wojną zawodowy oficer armji niemieckiej) S. Freyer pisze w swojej książce „Neues Reiten”: – „gdy około 1870 roku na podstawie doświadczeń z wojen, tacy jeźdźcy, jak gen. Rosenberg, wskazali drogę z ujeżdżalni na tor wyścigowy lub w teren, powstał ogólny lament, że sztuka jeździecka upada. Nazywano to „anglomanją”, jeżeli ktoś wcześniej wyjechał w teren ze swoim koniem – nim go tak na kołach „nie nadroczył”, że i po parugodzinnej pracy na świeżym piasku ślad kopyt na kołach „nie był szerszy, jak dwie szerokości kopyt”.

A Otto v. Monteton pisze w r. 1893:

„Angielski kłus musi być zakazany na marszach, gdyż nie pozwala na uważną pracę łydkami, co jest koniecznem; koń tylko w ćwiczebnym kłusie może iść rozprężony i przez to ten kłus mniej go męczy; zresztą żołnierze (niemieccy) za krótko służą (3 lub 4 lata) – by ich uczyć dwóch rodzajów kłusa”. Między innemi proponuje ten autor zaprowadzenie wyścigów oficerskich na dystansie najwyżej 1200 m. z 15 przeszkodami, w tempie 300 m. na minutę, co jest, zdaniem jego – tempem dość ostrem, w którem „rozumni” jeźdźcy pokonują jeszcze przeszkody (tempo galopu 300 m./min. jest tempem dzisiejszego naszego galopu dla oddziałów linjowych). Twierdzi, że pochylenie tułowia wprzód podczas jazdy jest dosiadem szczególnie nadającym się do skręcenia sobie karku! Ubolewa, że na wyścigach widuje się tyle „niewojskowych sylwetek” jeźdźców.

To są zapatrywania, z któremi dzisiejsi wrogowie naturalnego systemu prawdopodobnie się nie zgadzają i, czytając je swego czasu, odnosili te same wrażenia, co i my dzisiaj – czytając ich wywody, bo według ich mniemania – sztuka jeździecka dopiero dziś upada i dopiero dziś nie mamy ujeżdżonych koni, a to z winy naturalnego systemu. A pamiętajmy, że stanie na miejscu jest równoznaczne z cofaniem się i że żyjemy w okresie, w którym ewolucja sztuki jeździeckiej występuje tak jaskrawo, jak to się odbywa raz na parę wieków.

Odrodzenie jazdy użytkowej nastąpiło tak samo, jak za czasów „anglomanji” pod hasłem odłączenia się od jazdy klasycznej, względnie maneżowej. Jest to najlepszym dowodem, że wymagania w użyciu konia nie zgadzają się z poglądami jazdy klasycznej. Zasady jazdy klasycznej i pod jej wpływem powstałych systemów nie pogodzą się nigdy z zasadami naturalnego systemu; powodem tego jest żądanie od konia innej postawy i równowagi na innych zasadach. Z tych samych powodów rozwija się też u jeźdźca zupełnie inne wyczucie konia. Zasady ujeżdżenia konia maneżowego i użytkowego, mając inne cele końcowe, nie mogą być jednakowe, dlatego też się połączyć nie dadzą. Twierdzenie, że można konia „ujeździć” według sztucznego systemu, a „skakać” według naturalnego, wskazuje tylko na niezrozumienie naturalnego systemu, gdyż sposób skakania w tym systemie jest tylko wynikiem i częścią naturalnego sposobu ujeżdżenia.

Nie wchodząc w krytykę naszych regulaminów (Reg. Kaw. cz. II. i Instrukcja ujeżdżania remont) – chcę tylko naszkicować przeciwieństwa systemu sztucznego i naturalnego. Regulaminy nasze wydane w 1926 r. wymagają bezwzględnie rewizji, gdyż było to pierwsze wydanie i, mimo zdrowych zasad, posiadają naleciałości z minionej ery. Nie uwzględniają w całości dzisiejszych potrzeb, a jak one były życiowe, wskazuje na to zastosowanie odchyleń w praktyce. Jako przykład nadmieniam tu tylko „półsiad” w galopie. Jest to zresztą zrozumiałe, gdyż dopiero praktyczne zastosowanie tych regulaminów i czas wykazały braki i błędy.

* * *

Cała teorja systemów sztucznych oparta jest na matematycznych obliczeniach zasad ruchu i gimnastyki ciała konia, lecz nie uwzględnia prawie całkiem psychicznych właściwości konia. Dowodem tego jest fachowa literatura XIX wieku.

Psychiczne właściwości konia są wynikiem działania jego zmysłów wraz z aparatem nerwowym, poci postacią jego woli, instynktu, temperamentu i t. d. Tylko uwzględnienie i wyrobienie właściwości psychicznych konia, pozwala na zwiększenie jego wydajności w użyciu, gdyż podporządkowanie sobie jego woli dla chętnego wykonywania wymagań jeźdźca jest bardzo ważnym czynnikiem podczas dużego wysiłku. Systemy sztuczne dążyły do zrobienia z konia bezwolnej maszyny w rękach jeźdźca; w systemie naturalnym zaś, samodzielność konia jest wybitnie podkreślona i wymagana. Zasady sztucznych systemów, zupełnie mylnie wyprowadzając zdolność użytkową konia z zewnętrznych form, robiły z tych form cel, który należy osiągnąć, nie licząc się z tem, że bardziej celowem jest u konia użytkowego harmonijne nastawienie woli konia na wolę jeźdźca, niż samo podporządkowanie sobie ciała konia. Największe opanowanie ciała nie decyduje jeszcze o posłuszeństwie, szczególnie w chwilach decydujących, gdy koń musi dać z siebie wszystko.

Uwzględniając instynkt konia i sposób zwierzęcego myślenia, nie trudno przez racjonalne wychowanie i logiczne postępowanie przy stawianiu wymagań w ujeżdżaniu, skoordynować wolę konia z wolą jeźdźca.

Pod równowagą konia rozumiemy takie umieszczenie punktu ciężkości przez niego, które mu zapewnia utrzymywanie się w równowadze. Żeby więc koń był zrównoważony, musi on umieć przesuwać swój punkt ciężkości tam, gdzie wymagają tego okoliczności. Miejsce tego punktu ciężkości zależy od indywidualnej budowy konia, od jego obciążenia, od stawianych wymagań i sposobu pracy, od konfiguracji i rodzaju gruntu po którym się posuwa, od rozmachu ruchu i wynikającym z tego prawie bezwładności. By zmiany te były pewne, muszą być wykonywane przez samego konia i następować automatycznie.

A więc pracę nad zrównoważeniem konia należałoby nazwać pracą nad stabilizacją jego równowagi, gdyż równowagę już posiada z natury i chodzi tylko o pewne i płynne przesuwanie swego punktu ciężkości, zależnie od okoliczności. O ile sztuczne systemy uzależniają punkt ciężkości konia od woli jeźdźca, który narzuca koniowi jego położenie różnemi sposobami, to system naturalny zostawia koniowi zupełną swobodę w odnalezieniu położenia swego punktu ciężkości, zmienionego przez ciężar i wymagania jeźdźca, przyczem jeździec dostosowuje zawsze swój punkt ciężkości do punktu ciężkości konia, t. zn. podąża zawsze tułowiem za ruchem konia. Koń przez to odnajduje swoją pewność, zaufanie do siebie i staje się samodzielnym. Jeździec reguluje oględnie i stopniowo tempo i kierunek. Zewnętrzną oznaką tego przesuwania punktu ciężkości przez konia, są różne jego postawy; szczególniej szyja z głową jest tym wahadłem wyrównawczem. Z tego wynika swoboda w przyjęciu postawy przez konia, która musi być zawsze naturalną, gdyż równowaga jest harmonją między postawą a ruchem (impulsem). Przy pracy nad stabilizacją równowagi konia, należy go więc ćwiczyć w szybkiem i pewnem przesuwaniu swego punktu ciężkości: do przodu i do tyłu: przez zmianę tempa w chodach, zmianę chodów, skakanie i pokonywanie nierówności terenowych, na boki: przez wyrobienie zwrotności. Naturalna i wolna postawa nie dopuszcza też do usztywnienia i niezamierzonego naprężenia mięśni (jeźdźca) , co jest podstawą rozprężonego konia. Tylko jak najlżejsza łączność ręki za pomocą wodzy z pyskiem konia i podążanie we wszystkich okolicznościach rękoma za ruchami głowy i szyi, zapewniają koniowi wolną, naturalną postawę, która pozwala mu równocześnie na dowolne i samodzielne użycie swoich kończyn, co jest niezmiernie ważnem dla wyrobienia samodzielności w posuwaniu się, szczególnie w ciężkim terenie.

Sztuczne systemy starały się przesunąć ciężar masy konia i jeźdźca na zad dla równomiernego rozłożenia ciężaru na wszystkie cztery kończyny, co jest wbrew naturze, gdyż sama budowa przednich i tylnych kończyn (ilość i rodzaj stawów, jak również ich kąty) wskazuje na to, że przednie kończyny służą wyłącznie dla podpory masy, a zadnie mają, jako główne zadanie, poruszać masę, muszą więc być nieobciążone pracą podpierania masy, by sprostać swemu głównemu zadaniu, jako źródło ruchu. Tutaj się nie zgadzam, od dawna uważam, że jeździec powinien świadomie siedzieć bliżej tylnych nóg gdyż są silniejsze i muszą wesprzeć przednie, wiele razy słyszałem narzekania, że konie mają „rozwalone przednie łopatki” rzekomo bez powodu, uważam, że przyczyną takiego stanu jest jeżdżenie na przednich nogach, czyli nadmierne obciążanie przodu. Niewyjaśnione potknięcia na płaskim terenie tym bardziej , gdy nawet najmniejsze przemieszczenie masy niesionej na grzbiecie konia trafia na chwile gdy ten ma postawić nogę. Proponuje stan pośredni tj. taki, że jeździec musi mieć świadomość, że koń pod jego ciężarem będzie miał inną równowagę niż bez tego ciężar. Pisałem już zresztą o tym wcześniej.

Wyrobienie skutecznej łączności ręki z pyskiem konia, jest nieodzownym warunkiem opanowania go, lecz musi następować tak stopniowo, by nie przeszkadzało nigdy naturalnej postawie. Logiczne i jak najbardziej stopniowe postępowanie w stawianiu wymagań, nie tylko w ciągu całego ujeżdżania, lecz na każdej lekcji, jest jedyną rękojmią wyrobienia skutecznej łączności bez równoczesnego naruszenia swobody postawy.

Zastosowanie więc sztucznego lub naturalnego systemu – zależeć będzie wyłącznie od końcowych celów ujeżdżenia. Tam gdzie chodzi o efektowną dla oka prezentację, o najwyższe opanowanie w skróconych chodach i na równym gruncie – systemu sztucznego nie można zastąpić systemem naturalnym; lecz tam gdzie chodzi o wydajność konia w użyciu i o zdolność wysiłku w warunkach terenowo-bojowych, system naturalny bezsprzecznie przewyższa pod każdym względem systemy sztuczne.

Czy to my uczymy konie czy konie uczą nas?.

Czy to my uczymy konie czy konie uczą nas?.

Należy sobie odpowiedzieć na pytanie czego uczą nas konie a czego my ich uczymy?.    Ja od lat mam wrażenie, że to one uczą mnie właściwego zachowania na ich grzbiecie!. I im mniej staram się im przeszkadzać tym lepiej mi się jeździ, dawno pogodziłem się z tym, że uczę się bo muszę, bo koń idzie do przodu i zabiera mnie ze sobą, nawet jeśli to ja wybieram kierunek to on jest mocą nad którą ledwie panuję. Koń pod jeźdźcem niewiele potrzebuje by np. ruszył z miejsca, gdy jednak chcemy w trakcie jazdy coś zmienić mamy zawsze dwie możliwości. Możemy np. przy hamowaniu użyć brutalnej siły ciągnąc za wodze a przez nie za wędzidło albo tak się zachowywać, to znaczy poruszać żeby koń poczuł, że zwalniamy i wtedy on też zwolni. To samo dotyczy każdej innej akcji którą chcemy z nim przeprowadzić.

Znają tę relację wszyscy którzy spędzają naprawdę dużo czasu na końskim grzbiecie, gdyż nie maję tyle energii by ją marnować na szarpanie się z końmi, muszą energię oszczędzać dlatego poruszają się w siodłach bardzo dyskretnie i to wystarcza na prawidłową komunikację z końmi. W cywilizacji zachodniej, gdzie koń stał się zabawką i narzędziem do zaspokajania ambicji sportowych człowieka, ten człowiek myśli, że podporządkował sobie konia całkowicie i to on uczy konia bycia mu wygodnym i podporządkowanym. Wygląda to tak, że w ujeżdżeniu koń musi ruszać się wolniej bo z natury powolny w porównani z koniem człowiek nie nadąża za dynamicznym ruchem konia, a w skokach celowo spięty człowiek wymusza na koniu serie skoków których sam (koń) by nie wykonał. W obu przypadkach występuje element wymuszenia ponad niezbędną miarę, w pierwszym przypadku przy pomocy pasków skórzanych i żelaza, w drugim łydką i żelazem także, bo od kiedy ludzie skaczą przy pomocy koni przez przeszkody ostrogi są mocowane wyżej niż to jest potrzebne. Ten kto musi siedzieć w siodle godzinami lub spróbuje jeździć na równowagę zrozumie, że jedyny sposób na dobrą jazdę to nauczyć się od konia właściwego poruszania na jego grzbiecie. Bo to w poruszaniu, a dokładniej w mikro poruszaniu i w przewidywaniu następnych poruszeń jest jedyna droga do harmonii z ruchem konia.

Jazdę konną mamy w głowie !, powtarzam to w każdej rozmowie o jeździectwie, mamy ją zaprogramowaną od chwili gdy stanęliśmy na dwu nogach, i tylko musimy dostrzec gdzie jest ona ukryta w naszej pamięci motorycznej. Będąc na ziemi umiemy iść stępa, umiemy szybko dreptać bo to jest odpowiednik kłusa i umiemy skakać na jednej nodze, bo tak my ludzie galopujemy, a żeby robić to na końskim grzbiecie musimy nauczyć się synchronizacji tych ruchów właśnie od koni które dosiadamy. Musimy to robić dla własnego dobra, gdyż zwiększając prędkość poruszania naszego ciała narażamy się na działanie sił powstających z iloczynu naszej masy i prędkości oraz przyspieszeń dodatnich i ujemnych ( przy hamowaniu) które wytwarzamy pobudzając konia do szybszego ruchu.

Powolny, sztywny człowiek, siedzący na koniu jak na krześle będzie odczuwał dyskomfort, gdy ten pod nim przyspieszy pobudzony byle listkiem rozbujanym przez wiatr lub ruchem innych koni, zaś jeździec, który nauczy się od konia właściwej sekwencji mikro ruchów poszczególnych członków swego ciała poczuje przyjemność z takiej odmiany. I dopiero wtedy gdy człowiek nauczy się panować nad swoim ciałem odkryje jak „powiedzieć” do konia przy pomocy tego ciała ruszaj, skręcaj, zwolnij, zatrzymaj się, rusz do galopu z miejsca lub ze stępa i całej reszty niezbędnych do bezpiecznej jazdy sygnałów.

Dopiero wtedy, przez chwilę człowiek zacznie uczyć konia, bo ten czując, że człowiek mu nie przeszkadza zyska więcej swobody i przyspieszy, doda i będzie mógł ruszać się tak jakby człowieka nie było na jego grzbiecie.

Pamiętajcie, konie uczą nas cały czas, a jeśli coś nie wychodzi to jest to wyłącznie nasza wina!.

Genialni dyletanci cz.4 – tekst nie został wydrukowany przez K.PL

Trzeci styl, czyli nowe, co jest bardzo stare. Skręcanie. (Cz. 4)

Najczęstszym błędem jest nadużywanie wodzy, związane z tym, że człowiek zawsze próbuje osiągnąć oczekiwany rezultat przede wszystkim za pomocą rąk. Tymczasem podczas poprawnego kierowania koniem powinny dominować łydki i ciężar jeźdźca, a wodze winny działać możliwie subtelnie.
Te dwa zdania, to odpowiedź na pytanie nr 285 na brązową odznakę PZJ: Na czym polegają najczęstsze błędy w używaniu pomocy wynikające z natury jeźdźca?
Który posiadacz tej odznaki pamięta, by nie nadużywać rąk podczas jazdy?. Który z nich trafił na to pytanie podczas egzaminu? Patrząc na nasze ujeżdżalnie mam wrażenie, że żaden!
Cytatem o nadużywaniu wodzy nawiązuję do części 3-ej, w której pisałem o przemocy czynionej za pomocą nachrapynika, paska nosowego, wodzy i rak, w tej, chciałbym zająć się tym, co się dzieje z jeźdźcem i koniem w czasie skręcania, gdy ręce i ciało dają komendy, które koń wykonuje bardzo sumiennie, a efekt końcowy często zaskakuje te komendy wydającego.
Wracając do odpowiedzi na pytanie 285 to nie podoba mi  się w niej po pierwsze to, że łydki maja dominować podczas jazdy, pisałem już o tym wcześniej, że owszem, od czasu do czasu się przydadzą, bez dyskusji przy ukochanych przez nowoczesnych skokach, ale przy jeźdźcie po płaskim, z łydkami bez przesady!, wieziemy je ze sobą!, nie wolno zapominać, że napinając łydki za łatwo można się usztywnić a tym bardziej gdy zaczynają dominować. Na zakrętach prawie nie są potrzebne, ale zerknijmy na to, co o zakrętach ma do powiedzenia PZJ.
Na skręcanie są dwa zbliżone „przepisy” zawarte w pytaniach na odznaki, na srebrną nr. 244: Opisz działanie pomocy podczas jazdy po łuku.
Odpowiedź – Podczas jazdy po łuku wewnętrzna łydka aktywizuje wewnętrzną tylną nogę konia, wewnętrzna kość siedzeniowa jest bardziej obciążona. Ograniczająca zewnętrzna łydka leży o dłoń za popręgiem i zapobiega wypadaniu zadem. Ramiona jeźdźca są równoległe do łopatek konia, biodra jeźdźca zaś są równoległe do bioder konia. Wewnętrzna wodza zapewnia miękkie ustawienie i wprowadza konia w zakręt. Wodza zewnętrzna ustępuje tyle, ile wymaga tego ustawienie i zgięcie konia do wewnątrz, nie dopuszcza do nadmiernego wygięcia szyi i ogranicza łopatkę. Oś wzdłużna konia powinna być identyczna z linią ( raczej z krzywą lub łukiem), po której koń się porusza.
Na brązowa nr 298. Opisz pomoce do prawidłowej jazdy po łuku.
Odpowiedź – Ramiona jeźdźca są równoległe do łopatek konia, biodra jeźdźca są równoległe do bioder konia. Wewnętrzna łydka aktywizuje wewnętrzną tylną kończynę konia, zewnętrzna łydka leży o dłoń za popręgiem i działając ograniczająco zapobiega wypadaniu zadem. Wewnętrzna kość siedzeniowa jeźdźca jest bardziej obciążona. Wewnętrzna wodza zapewnia miękkie ustawienie i wprowadza konia w zakręt, zewnętrzna wodza działa ograniczająco.
Obie „recepty” są bardzo ujeżdżeniowe, sięgają korzeniami Cavendisha i La Gueriniere-a, ale w dynamicznym ruchu jeźdźca na koniu, wykonanie prawidłowo wszystkiego, co wyżej cytowałem będzie dla początkujących trudne, a i dla zaawansowanych nie zawsze łatwe. Dla utrzymujących równowagę przy pomocy wodzy szczególne te kombinacje z wodzami będą mało atrakcyjne.
Zapewne moja opinia nie przypadnie do gustu twórcom tych pytań, ale ja widzę problem tak, że wejście w zakręt, jazda po łuku i wyjście z niego na prostą to trzy różne działania i jeździec w pierwszej kolejności powinien wiedzieć, co ma w czasie ich trwania „zrobić” z samym sobą, w drugiej, obserwować jak na ruchy jeźdźca reaguje koń i do tych reakcji dostrajać własne działania w trakcie wykonywania, zdawało by się, prostego manewru skręcania.
Zaczynając od jazdy po prostej, zdecydowanie prostsze jest pilnowanie by, jej lub jego łopatki i biodra były dokładnie prostopadłe do osi wzdłużnej konia

a przy wchodzeniu, w trakcie jazdy na zakręcie i przy wychodzeniu z niego, pokrywały się z promieniem łuku lub koła, po którym poruszają się razem z koniem (rys. B).

Należy pamiętać, że im ciaśniejszy łuk, po którym ma poruszać się koń tym większa będzie różnica kontowa pomiędzy łopatkami a jego zadem. W trakcie jazdy po łuku, gdy czasu jest niewiele, a siła odśrodkowa wysadza jeźdźca z siodła trudno „łapać” kąty łopatek i zadu konia i do nich „wykręcać” swój tułów i siedzenie ( czyli barki i miednicę) , zatem utrzymanie się w linii promienia łuku po którym jedziemy będzie łatwiejsze.
W trakcie jazdy po łuku … bardziej dociążona wewnętrzna kość siedzeniowa … to nic innego jak chwilowe „stawanie” na wewnętrznej kości siedzeniowej połączone z utrzymaniem stałego, minimalnego „skręcania” się wokół własnej osi pionowej( tak jakbyśmy w trakcie jazdy po łuku przytupywali wewnętrzną nogą).
By sobie samej lub samemu nie przeszkadzać i skręcać bez wysiłku człowiek nie może zapominać o tym, że siadając na koniu, gdy skręca pas barkowy Np.

w prawo to jego miednica automatycznie „kontruje” w lewo!.

Siedząc na krześle ten mechanizm pomaga nam utrzymać równowagę tułowia w pionie, ale na koniu bardzo przeszkadza prawidłowo „wyjeżdżać” zakręty, gdyż koń dostaje w tym samym czasie dwa różne sygnały (rys. D, E, ,F – rysunki wraz z opisami znajdują się na końcu tekstu ) .

Od góry, czyli od pasa barkowego i rąk trzymających wodze, rozkaz brzmi :skręcaj Np. w lewo, w tym samym czasie, od dołu, czyli od miednicy i bioder jeźdźca – skręcaj w prawo (zna tę pozycją każdy kto tańczył poloneza albo mazura). By, zatem nie dawać sobą sprzecznych komend, jeździec powinien „skręcać” równomiernie górą i dołem tułowia w tą sama stronę (jak przy robieniu w tył zwrot), można sobie pomóc wewnętrzną łydką trzymaną pionowo przy boku konia (i to jest jej jedyne zastosowania na zakręcie), w tym samym czasie zewnętrznym udem i kolanem lekko, bez przesady, w takt kroków napierać na zewnętrzny bok konia, w kierunku do środka łuku, po którym ma zamiar się poruczać jeździec, ale … można dobrze skręcać bez tych dodatkowych „patentów”! po prostu myślimy że chcemy iść w lewo , nie napinamy się tylko pozwalamy by pamięć motoryczna ustawiła nasze ciało i członki do zakrętu , koń zrozumie i wykona.
Dłonie należy trzymać równo przed sobą, jakby się trzymało tacę z jajkiem, zewnętrzna dłoń może być o centymetr, dwa wysunięta przed wewnętrzną. Gdy koń poda głowę choć odrobinę do środka, słabnie napięcie na wewnętrznej wodzy i jeźdźcy z reguły opuszczają, nawet do łęku!  wewnętrzną rękę, co zupełnie niweczy kontakt z koniem, a sygnał wyłącznie od zewnętrznej wodzy nie jest wystarczający do utrzymania kontroli długości promienia łuku po którym chcemy jechać. Tak samo działają obie dłonie opuszczone do przedniego łęku, co prowokuje konia do nadmiernego opuszczania głowy, a do tego spłaszcza się kont działania kiełzna i człowiek ma mniejszą zdolność sterowania koniem.
Zacieśnianie zakrętu realizuje się przez stopniowe, minimalne zwiększenie „skręcenia” tułowia (odpowiednio do promienia łuku, po którym jeździec chce pojechać), wokół własnej osi pionowej i wewnętrznego podparcia na kości siedzeniowej, tak jak podczas chodzenia po ziemi, gdy podparcie następuję na wewnętrznej stopie a zewnętrzna zabiega wokół wewnętrznej, chwilowo przyhamowanej. Wzmocnienie „napierania” zewnętrznym kolanem do wnętrza łuku pomaga zacieśnić zakręt ( rys. C)

chociaż nie jest warunkiem koniecznym prawidłowego działania.
Nie należy sztywno łączyć proporcji chwilowego skręcania tułowia jeźdźca wokół osi pionowej z łopatkami i zadem konia, gdyż każdy jeździec wykona tę czynność inaczej. A to dlatego że, niektórzy są z natury elastyczni a inni zawsze sztywni, napięci, nie potrafiący się rozluźnić wręcz ruszają się na koniu ponad potrzebną miarę . Paradoksalnie „miękki” jeździec łatwiej wyczuje reakcje konia na sygnały jakie daje mu swoim ciałem, niż „sztywny”, który nie czuje sam siebie i przez to nie ma szansy na rejestrowanie jak na tę sztywność reaguje koń na którym jedzie. Brak wyczucia kończy się złym rysowaniem łuku, bo koń wchodzi w zakręt za późno albo skręca dalej, gdy jeździec myśli, że koń już powinien iść po prostej bo on planował pojechać tylko 1/4 koła ale zamiast samemu wychodzić z zakrętu nadal siedzi w pozycji do skręcania (dlaczego koń jeszcze skręca) , a „elastyczny” potrafi wejść w zakręt, jechać po nim i wyjść na prostą tylko odpowiednio skręcając głowę, bo z nią, harmonijnie współpracuje reszta jego ciała, a  koń jest tak czuły że to minimalne napięcie i zmianę położenia członków człowieka poczuje i bezbłędnie wykona .

Pytanie nr, 286. Na czym polega wyczucie jeździeckie?

Odpowiedź : Wyczucie jeździeckie polega na
umiejętności dostosowania siły i precyzji prawidłowo używanych pomocy w zależności od energii i szybkości reakcji dosiadanego konia.

Zwiększanie promienia skrętu – tj. wychodzenie z łuku i prostowanie, uzyska się przez stopniowe wracanie tułowiem do pozycji początkowej (rys. A). Na początku wydaje się to niemożliwe do wykonania ale po kilku próbach okazuje się, że wystarczy naprawdę niewielkie parcie zewnętrzną częścią ciała jeźdźca by koń zaczął skręcać i zacieśniać zakręt a przy jego „cofaniu zewnętrznej” wychodził na prostą.
Bezwzględnie pokonanie każdego łuku trzeba zaplanować, gdyż koń reaguje zawsze na komendę człowieka z lekkim opóźnieniem, 2-3 kroki przed miejscem, w którym ma zacząć się zakręt, jeździec daje sobą sygnał do rozpoczęcia skręcania. To samo dotyczy wyjścia na prostą, przy zakręcie np. o 90 st. (1/4 koła) już w jego połowie należy zacząć się stopniowo prostować by rzeczywiście wyszedł zakręt tylko na ćwierci koła.
Jednocześnie by „narysować” w przestrzeni regularne koło, jeździec musi cały czas „czuć” długość promienia łuku, co w praktyce oznacza, że cały czas celuje nosem przed siebie ale kontem oka (zezuje) obserwuje wybrany wcześniej punkt wokół którego się porusza, resztę koń robi sam.
Można próbować skręcać tylko wodzami, jak kierownicą od roweru, ale wtedy od razu wpada się w asymetrię komend przekazywanych ciałem koniowi (rys. D,E,F – rysunki są na końcu tekstu) i kończy się to wypadnięciem z łuku, po którym ma się on poruszać.
Zdaję sobie sprawę, że trudno będzie się przestawić ze sterowania rękami na sterowanie najpierw sobą a potem dłońmi, by tego dokonać należy zaczynać od ćwiczeń w stępie, w wolnym kłusie i galopie (na dystansie kilku kroków z szybkim powrotem do niższego chodu), od kontrolowania własnego rozluźnienia i obserwacji reakcji konia na sygnały idące od „góry” i „dołu” naszego ciała. Tu wracamy do 1-ej zasady komunikacji jeźdźca z koniem, która mówi, że jeśli coś nie wychodzi podczas jazdy to winien jest zawsze człowiek, gdyż koń wykonuje także te rozkazy – sygnały, z których wydawania jeździec nawet nie zdaje sobie sprawy.

I często te niechciane, nieuświadamiane są silniejsze i bardziej zrozumiałe dla konia od tych, które jeździec tworzy w pocie czoła – dosłownie bo jest sztywny jak deska i walczy z zasadami fizyki . Szczególnie gdy chce jechać np. w prawo a ustawiony jest do jazdy na wprost lub w lewo ( rys. D,E).
Bardzo często człowiek nie zdając sobie sprawy, że pod wpływem sił odśrodkowych i bezwładności działających na niego podczas jazdy po łuku, blokuje się do tego stopnia, że na ułamek sekundy przestaje się ruszać, na co koń bardzo szybko reaguje przejściem do niższego chodu, a zdarza się, że zatrzymaniem w pół kroku!. Przy takich okazjach jeździec ma nieprzyjemne wrażenie, że nic nie działa, że co by nie zrobił, jak się nie wysilał to i tak koń nie będzie poruszał się zgodnie z jego-człowieka wolą. W takich sytuacjach z reguły w ruch idzie bat, pojawiają się dziwne ruchy miednicą i biodrami, zaczynają działać obcasy, tyle, że gniew i akcja z niego powstająca zwrócona jest w niewłaściwą stronę, jeśli już macie użyć bata to tłuczcie kochani siebie, bo koń wasze rozkazy wykonał!. Zwolnił lub zatrzymał się, dlatego, że wy daliście taki rozkaz!. Problem tkwi w tym, że jeździec nie zdaje sobie sprawy, jaka była kolejność i co znaczyły komendy, które swoim ciałem wydał koniowi a koń nie zagada ludzkim głosem i nie opowie, co mu w jakiej kolejności robić kazano.
Wyjście z takiej sytuacji jest tylko jedno, natychmiast się rozluźnić, „zresetować” ustawienia pamięci motorycznej własnego ciała i po rozluźnieniu dać sygnał, np. lekkim napięciem prawej łydki, lub dotknięciem ! batem łopatki konia (bat uderzający w zad to kara, na którą konie często reagują wierzganiem) do wznowienia ruchu, najlepiej na wprost lub po większym promieniu od tego, po którym jadąc doprowadziliśmy do zwolnienia lub zatrzymania. Przy okazji proszę zwrócić uwagę na to, że jeśli koń się zatrzymał to jest to idealny przykład na to jak należy się zatrzymywać. Wystarczy odtworzyć tę samą sekwencję spowalniania naszych ruchów, przy jeździe na wprost będzie łatwiej, i tak bez ciągnięcia za wodze po kilku krokach stoimy!.

Gdy chcemy ruszyć rozluźniamy się, na lekki – minimalny ruch miednicy ( jak drgnięcie – nie bzykamy za przeproszeniem przedniego łęku) i prawego lub lewego uda, tak jakbyśmy chcieli z baczność przejść do spocznij, wtedy koń ruszy!. A przy odrobinie wprawy można wybrać nogę z której ruszy!. Oczywiście nie jest to takie proste, za pierwszym i drugim razem pewnie się nie ruszy, ale trzeba próbować, szukać tej właściwej sekwencji ruchów, uczyć się poruszać razem i oddzielnie poszczególnymi członkami naszego ciała, często wbrew programowi sterującemu czyli naszej pamięci motorycznej, jaki wprowadziliśmy do naszej głowy w czasach, których nikt z nas nie pamięta.
Do tego wszystkiego, by bez wysiłku i szarpaniny jeździć po prostej i na zakrętach potrzebne są stabilne, lekkie, trzymające wodze jak skrzydła motyla ręce i dobre siodło, ale to temat na inną okazję.

Rys. A : Jeździec w dosiadzie historycznym „stąpi sobą” (1) w rytm kroków konia, zaczyna skręcanie od lekkiego obrotu tułowia wokół wewnętrznego krętarza mniejszego z jednoczesnym pulsacyjnym napieraniem na bok konia zewnętrznym kolanem i udem w takt kroków konia.

Rys. B: Jeździec w czasie jazdy po łuku, w dosiadzie historycznym „stąpi sobą” (1) w rytm kroków konia, pas barkowy i linia bioder w jednej płaszczyźnie pokrywającej się z promieniem koła, po którym się porusza, napieraniem kolanem i udem w takt kroków na bok konia wzmacnia sygnał od tułowia.


Rys. C:.Jeździec w dosiadzie historycznym „stąpi sobą” (1) w rytm kroków konia. Sygnał do zmniejszenia promienia koła, po którym się porusza – prawe ramię lekko z przodu, linia bioder prostopadle do konia, kolano i udo w takt kroków napierają na bok konia.


Rys. D: Jeździec w dosiadzie sportowym, skręca tylko wodzami, sam nadal jedzie
na wprost, koń pomimo skręcenia szyi do wnętrza koła nie idzie po obwodzie, koła które próbuje mu wodzami wyznaczyć jeździec, koń zaczyna wypadać przodem na zewnątrz jeździec zewnętrzną łydką wysuniętą do przodu próbuje zablokować ten ruch.


Rys. E: Jeździec w dosiadzie sportowym, zewnętrzne ramię z tyłu, linia bioder skierowana do wewnątrz – skutek uruchomienia zmysłu równowagi utrzymującego tułów w pionie – skręt barków kontrowany jest skrętem bioder w przeciwną stronę, przy wodzach mocno skierowanych w lewo, koń wypada z łuku i idzie trawersem po wypadkowej pomiędzy kierunkiem wskazywanym przez linię barków a linią bioder.

Skręcanie – wodze na równym kontakcie, wewnętrzna łydka pionowo przyłożona do boku konia, wszystkie zewnętrzne składowe części ciała jeźdźca ”prą” w takt kroków konia do przodu tak jakby jeździec chciał się obrócić wokół własnej osi pionowej. Jeździec musi zaplanować moment wejścia w zakręt i wyjścia z niego, czyli przy skręcaniu np. o 90 st. na minimum 2 kroki przed wyjściem na prostą musi zacząć prostować swoją pozycję w siodle tzn. stopniowo zmniejszać skręcenie wokół osi pionowej i parcie zewnętrznymi częściami swego ciała, do pełnego wyprostowania tzn. że linia poprowadzona przez jego barki i krętarze mniejsze ma być idealnie prostopadła do osi wzdłużnej konia.

Cofanie – na początku zaczynamy od impulsowego ( tzn. naciskamy i puszczamy) nacisku łydkami na boki konia, jest to sygnał do rozpoczęcia ruchu, jednocześnie jeździec towarzyszy miednicą ruchowi konia i prze tułowiem do tyłu, ręce przez lekko wybrane wodze uniemożliwiają ruch do przodu. Po nabraniu wprawy wystarczy pomyśleć, lekko zebrać się w sobie i koń zacznie się cofać.

 

Kości siedzeniowe czyli krętarze mniejsze

Książkę „Świadoma jazda konna” wydaną w Polsce w roku 2012, napisaną przez panią Mary Wanless, wydaną w Anglii w 2002 pod tytułem „Ride with your mind” dostałem od „Mikołaja” z którym od roku spieram się o to czy siedząc na koniu podpieramy się na kościach kulszowych czy na krętarzach mniejszych.

Świadoma jazda konna

Mikołaj jest zdania, że siedzimy na kościach kulszowych, ja, od 10 lat twierdzę, że stoimy na krętarzach mniejszych!. Problem polega na tym, że trochanter minor czyli krętarz mniejszy jest podczas siedzenia na koniu tak blisko krawędzi łuku kości kulszowej, że trudno je od siebie odróżnić.

Książka jest trudna w czytaniu , gdyż pełna jest szczegółowych opisów czynności jakie trzeba zrobić z samym sobą by dobrze jeździć konno, niestety autorka koncentruje się wyłącznie na ujeżdżeniu, do tego tłumaczenie nie do końca jest idealne, trzeba zatem się w nią mocno i uważnie wczytać, mimo zawężenia tematu jest warta uwagi gdyż zawiera dużo ciekawych wskazówek np. żeby przy anglezowani nie podrywać się jak by nas przypalali od spodu i wiele innych, niestety u nas często ignorowanych.

Gorąco polecam jej lekturę ale nie będę jej całej recenzował, zajmę się jedynie zagadnieniem krętarzy mniejszych i problemami z nimi związanymi.

Wracając zatem do nich, to dość szybko znalazłem kilka dowodów na to, że mam rację, czyli, że podpieramy się na wyrostkach nazywanych trochanter minor,  po 1-wsze na rysunkach zamieszczonych w książce oraz w tekście nie ma słowa o istnieniu krętarzy mniejszych!, autorka nie zaważa ich istnienia prawdopodobne dlatego, że gdy odwodzimy uda na boki obejmując kłodę konia, bardzo sprytnie, dzięki autorotacji kości udowej zbliżają się do kości kulszowych i znajdują się tak blisko ich dolnych krawędzi, że trzeba użyć sposobu by je rozróżnić.kos-inst-piech

Odkryłem jakieś 10 lat temu, że najlepsze do jazdy jest podparcie 2-u punktowe, gdy z protezy (dlaczego siodło ujeżdżeniowe nazywam  protezą wyjaśnię później) czyli siodła ujeżdżeniowego przesiadłem się najpierw na polskie, płaskie siodło oficerskie wz. 25 a potem na amerykańskie siodła McClallana i Whitman-a. W 25-ce dzięki temu że jest to siodło z drewnianą, klasyczną terlicą okrytą skórą, z płaskim siedziskiem, wysiedziałem dołki, których obecność była wyraźnym znakiem, że podpieram się tylko na dwu punktach. W sumie zajęło mi ponad rok pogodzenie się z faktem, że bardziej stoję niż siedzę, bo z nikim nie mogłem tego skonsultować a w książkach od Ksenofonta po Fillisa też o tym nie było nic napisane, pisałem  o tym w artykułach do „Konia Polskiego” i „Świata koni” zatem wrócę do krętarzy mniejszych błędnie nazywanych w tekście pani Wanless.kretarz-mniejszy-i-kulszowe

Na stronie 23, w uwagach osobistych autorki znajdują się następujące słowa : … „Cieszę się , że już nie obcieram sobie kości kulszowych…” a na stronie 21 znajduje się rysunek na którym przedstawione są one jako dwa niewielkie koła i to jest dowód, że obtarcia następowały na skórze okrywającej krętarze mniejsze a nie kości kulszowe, gdyż te mają kształt podłużnych łuków, biegną równolegle do siebie zatem ich przyleganie jest liniowe a nie punktowe!.

km-1

Wie to każdy kto przełaził np. przez poziomo ułożoną belkę lub rurę i na nią spadł tak, jakby siadał na konia a krętarze mniejsze nie mogły ochronić krocza przed bezpośrednim kontaktem z powierzchnią na którą spadliśmy. Podobną sytuacją mamy podczas jazdy na oklep na kościstym koniu, piłuje nas od dołu liniowo a nie punktowo.

rotacja-kosci-udowej

By poczuć, że krętarze mniejsze są punktami podparcia i swą obecnością chronią tkanki okrywające kości kulszowe należy „docisnąć” się do powierzchni twardego stołu, siadając w luźnych spodniach!, na jego krawędzi. Nie mając podparcia dla stóp oprzemy się dwu punktowo na jego powierzchni, przy czym nie wolno napinać mięśni pośladków i wszystkich innych znajdujących się w pobliżu.

Gdy zaczniemy poruszać bez podnoszenia jej w górę, w bok lub okrężnie jedną z nóg, poczujemy, że punkt podparcia jest ruchomy. Dzięki temu, że krętarze mniejsze, przy rozchylonych na boki nogach, są położone tuż przy kościach kulszowych, oraz dla tego, że wystają poniżej dolnej krawędzi kości kulszowych nie więcej niż kilka milimetrów, co wystarcza by chroniły tkanki okrywające kości kulszowe przed fizycznym kontaktem z wszystkim co znajduje się poniżej nich, są trudne do wyczucia.

Dopiero jazda w płaskim twardym siodle pozwala rozluźnić wszystkie mięśnie i poczuć na czym stoimy czyli, że podpieramy się na krótkich odcinkach kości udowej od jej główki do krętarza mniejszego.

O dziwo, udało się to także pani Wanless ale z trudnych do odgadnięcia przyczyn używa do opisywania punktów podparcia niewłaściwej nawy. W sumie za prawidłowe działanie wynikające z odkrycia, że podparcie jest dwupunktowe należą się jej za to słowa uznania , gdyż dokonała tego prawdopodobne w siodle ujeżdżeniowym, a takie siodła są protezami łączącymi jeźdźca z koniem. Nie ma złośliwości z mojej strony w nazywaniu siodła w którym przekrój poprzeczny i wzdłużny oraz odległość pomiędzy łękami jest tak mała, że ledwie mieści się w nim dół naszego ciała.

Wiem to, bo sam jeździłem w takim siodle ponad 3 lata, żeby się w nim zmieścić musiałem w specjalny sposób ustawić miednicę, ledwie czułem podparcie na krętarzach mniejszych dlatego, że siedziałem na własnych tkankach sprasowanych pode mną, gdyż siodło trzymało mnie ciasno z każdej strony a wymiarowo wcale nie było małe. Oczywiście było tak zrobione, że leżało za bardzo z przodu, na łopatkach konia za blisko przednich jego nóg.

Niechętnie, ale zamieszczam zdjęcie z roku 2002 , widać na nim jak blisko przednich nóg konia siedzę w siodle ujeżdżeniowym, ile wolnego zadu za mną, o głowie konia zniewolonej ręką i paskami skóry nie wspomnę. Wtedy myślałem, że tak jest dobrze, teraz wiem, że nie i dlatego próbuję innym uświadomić skalę gwałtu czynionego naszym kochanym koniom.

w-jezdz-kopia

Ograniczenie sylwetki poprzez geometryczne ustawienie miednicy a za nią kręgosłupa, zbliżone do pionu położenie ud ograniczało zakres moich ruchów, usztywniało mnie co prowadziło do ograniczania ruchów konia. Niestety to jest cel do jakiego dąży się w ujeżdzeniu w pełni świadomie gdyż koń któremu nie odbierze się możliwości poruszania do przodu poprzez wymuszenie opuszczenia głowy, zapięcie nachrapnika i skośnika bez luzu, zapakowania siodła na łopatki będzie szedł dynamicznie wręcz gwałtownie w porównaniu z koniem ustawionym ujeżdżenowo. Na takim koniu bardzo trudno wykonać ewolucje ujeżdżeniowe bo człowiek za nim nie nadąża!!!.   Dlatego świadomie eliminuje się  możliwość gwałtownych przyspieszeń oraz spowalnia kona do zakresu prędkości w których człowiek jest w stanie się poruszać.         Dresarzyści oczywiście się ze mną nie zgodzą, gdyż tworzą grupę wzajemnie się wspierającą i uznającą wyłącznie własny punkt widzenia, w którym nie mieści się nawet cień wątpliwości, że mogą nie mieć racji. Sami tworzą zasady, sami siebie oceniają, sami sobie wybaczają błędy! reszta świata się nie zna i nie ma racji!.

swiad-jezd-zdj-okl

Wystarczy spojrzeć jednak na zdjęcie z okładki kolejnej książki pani Wanless, na którym widać konia rozciągniętego, z siodłem na łopatkach, z głową  zawieszoną na wodzach. Jeśli to ma być ideał to ja mówię pas. Co jest wg mnie ideałem?  Lipican który przez setki lat był tak hodowany by sam niósł swoją głowę, którego sylwetka pod jeźdźcem łatwo wpisuje się w kwadrat, oczywiście jeśli osiodła się go i pojedzie na nim tak jak robiono to 100 i 200 lat temu.

Współczesny dresarz bez mrugnięcia okiem akceptuje fakt, że współczesna hodowla próbuje uzyskać konia który nie wygląda jak Lipican, ale rusza się tak jak Lipican, i długo jeszcze potrwa, i wiele awantur przed nami, zanim dresarz zrozumie ile gwałtu zadawane jest koniom które nie mają dobrych cech do ujeżdżenia. Hodowla koni i to co się z nią dzieje do temat na odrębną dyskusję, ale jeśli napisałem jedno zdanie to dodam jeszcze kilka. W ujeżdżeniu stawia się hanowery które 100 lat temu były końmi dla ciężkiej kawalerii np. obok lipicanów i widać, że te 100 lat poprawiania hanowerów w celu uzyskania idealnego konia ujeżdżeniowago niewiele na razie dało.  Mały hanower bo takie też widziałem, ma papier, ale nic więcej wspólnego z hanowerami z czasów gdy hodowano je tysiącami dla pruskiej kawalerii.       Tak jest z wszystkimi rasami koni, shagia była przez setki lat koniem do pokonywania dziesiątków kilometrów dziennie, jeśli zacznie się ją ulepszać w stronę ujeżdżenia nie będzie shagią a by nadawała się do ujeżdżenia taka jaką jest teraz trzeba ją mocno skrępować. To samo dotyczy trakenów i naszych małopolaków,  jeszcze 50 lat temu typowy małopolak nie był za wysoki w kłębie, co nie znaczyło, że słabo skakał przez przeszkody, był dobry do pracy w polu ale i pod siodło,  dzisiaj tych w starym typie ze świecą szukać, a konie które mają papiery małopolaków są podobne do wszystkiego tylko nie do swoich przodków sprzed 50 lat. Tylko kto kupi konia wyłącznie do zwykłej jazdy bez szansy na złudę wielkiego wyczynu?   Mamy zatem jeźdźców którzy używają koni do sportu nie umiejących i nie czerpiących radości ze zwykłej jazdy konnej.                  U nas i nie tylko u nas biznes nakręca moda sportowa … zostawmy jednak ten wątek.   Wracając do właściwego podparcia to podczas jazdy potrzebne jest właściwe siodło i jego właściwa lokalizacja na grzbiecie konia, tym zagadnieniom p. Wanless nie poświęca niestety ani słowa, jak sądzę z braku okazji wypróbowania innego siodła niż ujeżdżeniowe i braku doświadczeń z tym związanych.

lopatka

Na rysunku, który znajduje się na str.13 – szkoda, że w książce nie zamieszczono zdjęć, zakładam zatem, że są narysowane na podstawie zdjęć, widać typowe ulokowanie siodła za blisko przednich nóg konia. Tybinki wchodzą na łopatki co utrudnia koniowi ruch i u młodych koni będzie prowadziło do uszkodzeń stawów. A już nasi przodkowie w wieku XVII wiedzieli, że nie wolno siodłać na łopatkach bo to je kazi!.

Takie umiejscowienie siodła wynika z nie przestrzegania starej zasady, że przednia krawędź popręgu ma być minimum 1ą dłoń od łokcia ale także z tego, że sztywni jeźdźcy jeżdżący z za długimi i za krótkimi strzemionami mają problem z uderzeniami idącymi od za wysoko podnoszącego się zadu co jest wynikiem odbierania koniowi możliwości ruchu do przodu nadmiernym kontaktem (także skośnikiem zapiętym bez luzu).

O właściwym kontakcie ręki z pyskiem kona autorka pisze także, ale kończy się na słowach bo przy wąskim podejściu do sylwetki jaką ma zachować jeździec tj. bezwarunkowym utrzymaniu linii bark, pięta, biodro, nawet przy poprawnym podparciu na krętarzach mniejszych i chwycie udem jeśli siodło jest za krótkie i za wąskie nie będzie lekkiej ręki i lekkiego kontaktu z pyskiem konia.  Narzucanie takiej pozycji w pierwszej kolejności doprowadzi do zawiśnięcia końskiej głowy na ręce jeźdźca i spowolnienia ruchu konia dlatego, że człowiek będzie zbyt dużo uwagi energii i poświęcał na utrzymanie własnej równowagi przód -tył. A spięty jeździec to spięty koń, w tym się całkowicie z panią Wanless zgadzamy. Z innymi radami też się zgadzam ale o tym napiszę być może przy innej okazji.

No i proszę, ile jest do powiedzenia o wyrostku na kości który trudno namacać.

Genialni dyletanci, jeździec włoski i o tym dlaczego konie mają smutne oczy!. cz.3

Jeździectwo prawidłowo uprawienie jest sztuką , ale od czasu ograniczenia się do sportowego wykorzystania konia stało się rzemiosłem, które samo siebie, prawem kaduka, nazywa sztuką. Wszędzie tam, gdzie konie nie widzą przestrzeni pól, zieleni łąk i lasów, gdzie wykorzystywanie są wyłącznie jako narzędzia do spełnienia sportowych aspiracji człowieka nie ma sztuki jeździeckiej!. Wskaźnikiem jak daleko współczesne ”jeździectwo” odeszło od sztuki jeździeckiej jest przymus wyrażający się w przypinaniu skośnikiem wędzidła do żuchwy konia, dzięki czemu wodze działają jak kierownica roweru i uchwyt do utrzymania równowagi.

Co jest bezpośrednim źródłem takiego postępowania ?
Przede wszystkim strach człowieka przed zbyt dynamicznym ruchem, lęk który prowadzi do tego, że stosuje się różne ”patenty”, które mają konia spowolnić (ma się wolniej ruszać i być posłusznym) i jednym z nich jest nachrpnik kombinowany (irlandzki) zapinany tak, że koń może tylko zębami zgrzytać.
Jak prawidłowo powinien być zapięty nachrpnik? Odpowiedź znajduje się w pytaniu nr 182 na brązową odznakę PZJ które brzmi: Jak należy dopasować nachrapnik polski lub kombinowany? Pasek nosowy nachrapnika polskiego lub kombinowanego leży na szerokość dwóch palców poniżej kości jarzmowej. Pomiędzy zapiętym paskiem i kością nosową pozostaje miejsce na co najmniej jeden palec.

smutne-kon-1

Tak się u nas zapina pasek skośnika i nachrapnika, na ostatnią dziurkę! .
CO NAJMNIEJ JEDEN PALEC !!! Znajomy Anglik zapytany o luz paska nosowego, bez zastanowienia podniósł do góry 2 palce, a ja, nie widziałem tak zapiętego nachrapnika kombinowanego (polski nie ma skośnika i nie widziałem żeby w Polsce był używany) odkąd sam jeżdżę konno. Przyznaję, że na początku też zapinałem skośnik na ostatnią dziurkę bo tak robili wszyscy wokoło mnie, ale stopniowo odkryłem, że to nie jest dobra pomoc w obcowaniu z koniem.
A dlaczego zapina się skośnik bez luzu? Ano dlatego, że jeśli zapięty jest z minimalnym nawet luzem to wędzidło przesuwa się z boku na bok i nie można używać wodzy jak kierownicy od roweru i na nich ”wisieć” w sensie, który wszyscy używający koni doskonale rozumieją. Niestety skośnik zapięty bez luzu to dowód na spore braki w wyszkoleniu jeździeckim, co wystarcza by odebrać tak czyniącym prawo do nazywania siebie jeźdźcami. Czy moja opinia nie jest zbyt surowa dla tysięcy jeżdżących konno w szczególności posiadaczy odznak PZJ? Uważam że nie, gdyż szczególnie ta grupa, zdając egzamin zobowiązuje się do przestrzegania zasad ustalonych przez PZJ. Po za tym wystarczy spojrzeć na smutne oczy koni nie mogących przeciwstawić się przemocy ludzi, którzy deklaruję, że je kochają ale robiąc to co wyżej opisałem pokazują gdzie jest granica tego kochania.
Zdaję sobie sprawę z tego, że bez przymusu na minimalnym poziomie w obcowaniu z końmi się nie obejdzie, można próbować jeździć ekstremalnie naturalnie czyli tylko na oklep, bez ogłowia, trzymając się grzywy konia. Można tak robić jeśli jeździ się dzień w dzień, gdy człowiek jest sprawny, silny i elastyczny, a przestrzeni do wspólnego hulania po horyzont, ale nie w świecie setek bodźców atakujących końskie zmysły, gdzie ludzie spadają z koni gdy wiatr poruszy byle listkiem. Po co do zagrożeń nas otaczających dodawać jeszcze błędnie pojmowaną chęć ograniczania przymusu wobec koni?. Zatem bez przymusu się nie obejdzie, ale kiełzno i wodze wymyślono po to, żeby nam było łatwiej, zatem używajmy ich, ale we właściwy sposób!.
Lekka ręka to atrybut jeźdźca! Potwierdzenie tej prawdy podstawowej znajdziemy w pytaniu PZJ nr 152 na brązową odznakę. W jaki sposób jeździec oddziałuje na wędzidło? Odpowiedź : Jeździec działa na wędzidło dłońmi za pośrednictwem wodzy, które są przypięte do pierścieni wędzidła. Wodze stanowią zatem przedłużenie ręki jeźdźca, a nie uchwyt do trzymania się na koniu.
Przekaz jest jasny i prosty , tyle, że powszechnie nie przestrzegany, gdyż nie widuje się jeżdżących sportowo z luźną wodzą , zawsze jest to jakiś stopień przeciągania wodzy między jadącym a koniem.
Dzieję się tak dlatego, że tak jest człowiekowi wygodniej i łatwiej, bo jeżdżenie z luźną wodzą, na minimalnym kontakcie jest męczące psychicznie i wymaga stałej koncentracji od jeźdźca, ale o ile łatwiej porusza się wtedy koń któremu jeździec nie przeszkadza ciężką ręką!. Przy utrzymaniu równowagi ciała bez pomocy wodzy jeździec może podnieść lub opuścić ręce w zależności od sytuacji w której się znajduje, gdyż wbrew przyjętej powszechnie zasadzie nie ma jednej stałej pozycji rąk w czasie jazdy, czasami , jeśli trzeba należy zadziałać nimi stanowczo, zdecydowanie podnieść do góry ( np. przy zatrzymywaniu się z galopu) zamknąć dłonie, lub jeśli inaczej nie można, nawet na krótko minimalnie cofnąć dłonie ale nie wolno przy pomocy wodzy stale utrzymywać równowagi w pionie!.

7

Dosiad angielskich kawalerzystów z połowy XIX wieku.

Dla nieprzekonanych, że nadużywają władzy danej im do rąk sięgnę po mocny przykład czyli do korzeni włoskiej szkoły jazdy, do myśli Federico Caprillego!. On sam , zanim zginął w wypadku, nie zdążył opisać zasad swojego systemu, zrobili to za Niego jego koledzy i przełożeni, do naszych czasów wiedza o tym systemie w Polsce przetrwała w stanie szczątkowym. Dodatkowo u nas nałożyło się na włoską szkołę jazdy to co przetrwało z polskiej i jakoś nikomu do niedawna nie była potrzebna wiedza o co w tej włoskiej właściwie chodziło.

Aby cokolwiek o niej napisać sięgnąłem po przedwojenną prasę gdzie w Przeglądzie Kawaleryjskim nr 7 z 1933 roku, płk dypl. Józef Breza w artykule „Samowystarczalność Caprillowskiego systemu” analizuje co to jest system naturalny „wymyślony” przez F Caprillego i opisuje sylwetkę jeźdźca włoskiego.

caprilli-f-2

F.Caprilli – dosiad włoski, łydka przyłożona, trzymana w pionie.

… Włoch siedzi na kościach siedzeniowych, kolana ma wysunięte naprzód i oparte o poduszkę tybinki. Piszczel przylega zawsze, nawet w ruchu , nieruchomo, pionowo ku dołowi ( nie cofnięta jak to się propaguje u nas współcześnie), w linii popręgu. Stopa oparta o strzemię, ale nigdy jeździec nie powinien na nim stać!, palce podniesione do góry, stopa zewnętrzną krawędzią i czubkiem wykręcona na zewnątrz do góry. Obcasy stale skierowane w dół, gdyż wtedy wewnętrzny muskuł na górze łydki przylega większą powierzchnią. Ten punkt pomocniczy przy pół saidzie odgrywa dużą rolę gdyż wraz z obcasem i kolanem utrzymuje piszczel nieruchomo w pionie.
Oznacza to, że w tzw. siadzie włoskim stosowano trzy punkty podparcia z każdej strony, tj na kości siedzeniowej, kolanie i strzemieniu. Pod kolano dodawał Włoch jeszcze jeden punkt pomocniczego podparcia (mocowanie), a mianowicie wklęsłość poniżej kolana razem z wypukłą górną częścią łydki.
… Gdy nie ma nieruchomości piszczeli to siad już tylko może być balansowy!… .
Nie widzę niczego złego w siadzie balansowym gdyż przy jeździe na równowagę też występuje podparcie na krętarzach mniejszych i palcach stóp oraz mocowanie chwytem uda. Jednak palce stóp spełniają jedynie rolę pomocniczą, służą zmysłowi równowagi za punkty kontrolne przy utrzymaniu tułowia w pionie. Przy tym trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że podparcie i mocowanie to dwa różna działania, i należy bardzo dbać, żeby nie przesadzić z jednym i drugim. Za dżo podparcia (stanie w strzemionach) to usztywnienie, zaś niewłaściwe mocowanie czyli chwyt sztywno przyłożoną łydka zamiast chwytu udem prowadzi do braku równowagi w pionie.
Włoska szkoła j. została stworzona dla sportu skokowego co w pewnym momencie doprowadziło do tego, że Włosi umieli tylko skakać, nie liczyli się w innych konkurencjach jeździeckich, przypuszczam, że zabrakło jeźdźca miary Caprillego który byłby w stanie doprowadzić do równowagi dydaktycznej pomiędzy potrzebami jazdy konnej a skokami przez przeszkody. Sam F. Caprilli umił jeździć na równowagę z odstawioną łydką, jest na to dowód w postaci zdjęcia , niestety jak na razie nie udało mi się znaleźć takiego które nadawało by się do druku. Zdjęcie to znajduje się w publikacji Gabriele Benucci zatytułowanej Federico Caprilli: Tra storia e romanza , myślę, że każdy bez trudu znajdzie ją w Internecie. Na tym zdjęciu widać wyraźnie, że Caprilli jedzie z odstawionymi łydkami w tułowiem trzymanym pionowo, czyli w dosiadzie który sam identyfikował jako balansowym a ja nazywam jazdą na równowagę. Wróćmy jednak do sylwetki Włocha na koniu.

caprilli2-i-krol-male

Król włoski jedzie środkiem drogi, obaj jeźdźcy (jednym z nich jest F.Caprillli) jadący obok niego nie przykładają łydki do konia, co interpretuję jako umiejętność jazdy na równowagę.

…Jeździec włoski rozróżnia siad i pół-siad,w przeciwieństwie do wszystkich systemów maneżowych, które tylko siedzą w siodle. Tu znowu się wtrącę gdyż, sporo ludzi na świecie jeździ tylko siedząc w siodle i o jakimkolwiek systemie maneżowym w tym jeżdżeniu mowy nie ma !, ale wracajmy do włochów … Włoch używał pół siadu żeby przed skokiem przenieść swój ciężar do przodu i oswobodzić krzyż konia, oraz przy większym wysiłku dla konia tj. poczynając od wyciągniętego galopu, jednak gdy chce użyć najwydatniej pomocy wówczas nie zmienia siadu na pół siad.
Jak już wcześniej pisałem prawidłowy półsiad jest potrzebny przy skokach i strzelaniu z łuku i jeździec może się bez niego całkiem wygodnie obejść, ale zaręczam, że ”balansowy” bez trudu pojedzie prawidłowym półsaidem, a sportowego nie widziałem ani jednego który by umiał zrobić prawidłowy półsiad!.
…Bez ruchomej kostki nie ma elastycznej stopy, bez prawidłowej stopy nie może być odruchowego, mocnego kolana. Bez opuszczonego obcasa nie może być pionowej, nieruchomej w najgwałtowniejszym ruchu piszczeli.
I jeszcze coś, co współcześnie jest prawie nieznane, czyli … Włoska nerka – nazywają ją wklęśniętą w przeciwieństwie do wypuszczonej nerki większości maneżowców, albo też prostej nerki szkoły austriackiej. Ja to kojarzę z Ksenofontową elastycznością w lędźwiach gdy kręgosłup wyciągnięty jest w górę, w części brzusznej wygięty do przodu, w trakcie jazdy w stałym ruchu.
Do sylwetki włoskiego jeźdźca dodać trzeba jeszcze …Górna część ciała jeźdźca powinna być swobodna, niewymuszona i prosta. Barki – jednakowo opuszczone bez przesady, sztywności i garbienia się. Głowa – prosto, swobodnie i nie wciśnięta w ramiona. Ramiona swobodne, opuszczone naturalnie pionowo, łokcie w miękkiej styczności z bokami; ręce zgięta pod kątem prostym (!), należy unikać dwóch błędów; wyciągania ręki od łokcia w przedłużeniu przedramienia, co niweczy wszelką miękkość w prowadzeniu konia, lub odwrotnie, zbyt wielkiego zgięcia w łokciu i zbytecznego zbliżenia dłoni do ciała, co uniemożliwia rękom wykonanie koniecznych czasami ruchów od przodu do tyłu. Ramię od barku do łokcia powinno opadać w naturalny sposób, linia od łokcia do wędzidła -zawsze prosta. Dłonie regulują kontakt z pyskiem konia przez miękkie zginanie kiści dłoni obróconej w stronę konia, w razie potrzeby łokieć idzie do przodu, a gdy to nie wystarczy luzuje się wodze między palcami…
Jak by nie kombinować nie ma w powyższym opisie miejsca na przemoc, jest za to mnóstwo samokontroli człowieka siedzącego na koniu, i sposób na pokonywanie przeszkody przy pomocy zasad fizyki, gdyż pionowa piszczel, elastyczny staw skokowy, mocny chwyt kolanem to baza do „przerzucenia” ciała jeźdźca ponad przeszkodą w trakcie skoku konia i przygotowanie się na zmianę położenia tułowia przy lądowaniu za przeszkodą. Ktoś powie, że to banał, ale co się będzie działo gdy jeździec przed skokiem zawiśnie na wodzach, stanie sztywno w strzemionach z zablokowanym stawem skokowym i cofniętą łydką?. Szkoda miejsca na opisywanie takiego zjawiska, Ci co tak robią wiedzą co się wtedy dzieje.
Ja porównuję działanie jeźdźca, przed, w trakcie i przy lądowaniu za przeszkodą do działania pływaków którzy po skoku z wysokości, zanim z garcją wpadną do wody łączą ruchy swego ciała z działaniem zasad fizyki i dzięki temu wykonują efektowne wywijasy w różnych płaszczyznach.
Jeździec nie ma tylu stopni swobody, ale samokontrola ruchów własnego ciała jest obowiązkiem każdego kto siedzi na końskim grzbiecie, gdyż tylko dzięki niej możliwe jest ograniczenie przemocy wobec konia w nienaturalnej dla człowieka, z natury piechura, sytuacji.

Na koniec jeszcze jeden cytat z włoskiej szkoły w której zasadą było to … że głowa jest wyłączną własnością konia, że mu gwałtu zadawać nie wolno, ani szyi również – i że ten kontakt ręki z pyskiem powinien zawsze przedstawiać minimum naprężenia – a pomoc wodzy , minimum potrzebnego wysiłku. Nie widzę potrzeby komentowania tego fragmentu.

Mam nadzieję, że łatwo można dostrzec, że wszystkie wyżej zaprezentowane cytaty są dowodem na to, że włoska szkoła j. dążyła nie tylko do płymnnego przejścia od jazdy po płaskim do działania szczególnego tj. do skoku przez przeszkodę ale także do ograniczenia przemocy wobec konia.
Jednak z punktu widzenia nauki prawidłowej jazdy konnej, która powinna być podstawą sportu wyczynowego, to co wydarzyło się na przestrzeni ostatnich 100 lat jest niestety marszem w przeciwną stronę i jak na razie zmniejszenia przemocy poprzez ograniczenie krępowanie głowy konia przy pomocy różnych ”patentów” końca nie widać.

Żeby zamknąć kwestię przemocy i przymusu nachrapnikowego sięgnijmy po pytanie nr . 153. które nie zmieściło się wewnątrz artykułu, a brzmi ono tak: W jakim celu stosuje się nachrapniki? Odpowiedź na wagę brązu, póki to pytanie nie stanie się zbędne brzmi: Nachrapnik jest uzupełnieniem kiełzna, wyrównuje ustawienie górnej i dolnej szczęki konia oraz zapobiega otwieraniu przez konia pyska. Generalnie nachrapnik wspomaga działanie wędzidła poprzez przeniesienie nacisku na grzbiet nosa.
Cóż mi się tu nie podoba? Otóż nie widzę uzasadnienia zastosowania nachrpnika i skośnika w jeździe konnej w ogóle, może w zaprzęgach, ale mało powoziłem zatem nie będę się w tej materii wychylał. Zaś koń ma prawo otwierać gębę! bo ta, jest częścią jego wolnej głowy, bo żuchwa to pierwszy amortyzator brutalnej ręki jeźdźca. Przenoszenie nacisku na nos przy luźnym pasku będzie słabe a przy zapiętym bez luzu i ciągnącej ręce zbyt brutalne, koń będzie o ręki uciekał opuszczając głowę i przysuwając brodę do piersi ile tylko da radę. Pora zatem zacząć zapinać z luzem, na początek minimum na jeden palec, ćwiczyć jazdę na równowagę i szybko się okaże, że nachrapnik i skośnik są niepotrzebne, wtedy witamy pomiędzy jeźdźcami.

Genialni dyletanci i trzeci styl, czyli nowe co jest bardzo stare. (Cz. 2)

Jeżdżenie z lekkim pochyleniem i osłabiony kontakt kości siedzeniowych z siodłem (tak zwany lekki dosiad) to wynik działania na zapas, by jeździec nie spóźnił się z przyjmowaniem pozycji właściwej przy skakaniu przez przeszkody ”ustawia” się go od razu do skoku, nawet jak nie ma zamiaru skakać. Nawet siodła tzw. skokowe mają siedziska ukształtowane tak, że miednica jeźdźca pochyla się przednią krawędzią w dół, co pomaga na parkurze ale podczas jazdy po płaskim wręcz szkodzi i jest przyczyną błędów wymienionych w pytaniach Polskiego Związku Jeździeckiego !.

Zanim wrócę do analizy treści tych pytań zacytuję fragment polskiego regulaminu kawalerii z roku 1922, czyli z czasów gdy sport nie miał jeszcze wpływu na jego formowanie, którego pkt. 36 opisuje jak powinien wyglądać prawidłowy dosiad do jazdy ”po płaskim”.

Krzyż prosty, giętki, lecz nigdy nie wygięty ku przodowi. Krzyż wygięty jest sztywny z natury rzeczy, przez giętkość w krzyżu jeździec zmiękcza wstrząśnienia od chodu konia, umożliwiając w ten sposób całkowite przekazywanie ich górnej części ciała, następnie rękom i wreszcie pyskowi konia. Z tego wynika, że jeździec giętki w krzyżu jest lepiej związany z koniem i mocniej usadowiony; prócz tego o wiele łatwiej może prowadzić konia. Górna część ciała powinna być swobodna, niewymuszona i prosta. Barki – jednakowo opuszczone bez przesady, sztywności i garbienia się. Głowa – prosto, swobodnie i nie wciśnięta w ramiona. Ramiona swobodne, opuszczone naturalnie pionowo, łokcie w miękkiej styczności z bokami; ręce zgięta pod kątem prostym (!), należy unikać dwóch błędów; wyciągania ręki od łokcia w przedłużeniu przedramienia, co niweczy wszelką miękkość w prowadzeniu konia, lub odwrotnie, zbyt wielkiego zgięcia w łokciu i zbytecznego zbliżenia dłoni do ciała, co uniemożliwia rękom wykonanie koniecznych czasami ruchów od przodu do tyłu.Co się tyczy samych dłoni, to nie powinno się ich zwracać paznokciami w dół, ponieważ ta postawa prowadzi do odstawienia łokci, co jest szczególnie błędne w prowadzeniu konia. Uda powinny być zwrócone bez wysiłku płaskimi częściami do siodła, obejmując z obu stron jednakowo konia i opuszczone bez sztywności. Jeżeli uda są zbyt poziomo, jeździec traci poniekąd środek trzymania (sposób albo chwyt) się na koniu i prowadzenia go (dosiad fotelowy). Jeżeli uda są zbyt pionowo, siedzenie jeźdźca za mało znajduje się w siodle, jeźdźcowi brak swobody i przylegu (dosiad widłowy). Przyleg jest to ścisłe przylegania na płask ud i kolan do boków konia. Nogi swobodnie i naturalnie opuszczone, łydki w lekkiej styczności z koniem u popręgu w ten sposób, aby można było w razie potrzeby natychmiastowo niemi działać bez uderzeń, bądź dla wzmocnienia przylegu (skoki, obroty konia itp.) bądź dla pomocy przy prowadzeniu konia (działanie na zad konia); ściskać jednak należy konia tylko w razie chwilowej potrzeby. Stopy jeźdźca powinny być swobodnie opuszczone jak gdy jeździec nie miał strzemion.

Półsiad w galopie, bez skracania strzemion, palce skierowane do boków konia wzmacniają chwyt kolanem, tułów wyprostowany, jeździec porusza się w pionie – „skacze w pionie” w takt skoków konia, stawy skokowe j. pracują, równowaga utrzymywana jest na kolanach i stopach, dzięki czemu wodze mogą lekko wisieć.

Zacytowałem ten dobry, zapomniany opis sylwetki jeźdźca jako ”wzór porównawczy”, prawie 100 lat temu gdy był w wojsku standardem cywile mogli sięgnąć po ”Zasady ujeżdżenia i jazdy konnej” Jamesa Fillisa który w szkoleniu podstawowym uczył tego samego co wojskowi, wg mnie to powinna być i dzisiaj podstawa nauczania, ale wróćmy do współcześni i zajrzyjmy do pytań PZJ.

Pytanie nr 259 na brązową odznakę brzmi : …W jaki sposób powinny być ułożone łydki jeźdźca? Odpowiedź : Łydki ustawione są od kolana w dół mniej lub bardziej skośnie ku tyłowi (w zależności od długości nóg jeźdźca), są lekko cofnięte i przyłożone do boków konia, utrzymując z nimi delikatny kontakt. Łydka leży nieco za tylną krawędzią popręgu, co pozwala jeźdźcowi zachować linii pionowej bark, biodro i piętę.

Taka pozycja łydki jest częścią schematu ”trzech punktów” ale w nim łydka przejmuje rolę mocującą (a mocowanie powinno być realizowane udem i kolanem!) co w połączeniu z osłabionym dosiadem daje wąskie – sportowe traktowanie jej roli w czasie jazdy na koniu. Jeśli łydki są … na delikatnym kontakcie… to użyte będą rzeczywiście pobudzać konia do skoku albo przyspieszenia ale wbrew dobrym chęciom autorów pytania, cofnięte łydki nigdy nie będą … lekko przylegały… z tego powodu, że w takiej pozycji człowiek czuje silny dyskomfort fizyczny i psychiczny. By nie tracić równowagi i nie ”padać na nos”, jeździec chwyta się łydkami boków konia albo w rytm przysiadów które nazywa anglezowaniem rytmicznie nimi kłapie — oba działania wg PZJ jest błędne!, przez co zupełnie traci kontrolę nad ich działaniem!. Ułożenie łydki jest ściśle związane z długością puślisk, współcześnie zaleca się, by przy wiszącej łydce regulować długość puśliska tak, by półka strzemienia była około 2 palce poniżej kostki , w początkowym szkoleniu to pomaga, gdyż przestraszony człowiek mocniej się wspiera na strzemionach (dosłownie na nich staje a nie powinien !) ale przez to osłabia dosiad. Przy tym nikt nie zwraca uwagi na to, że ”jeździec” nawet minimalnie ”stający” w strzemionach ma w porównaniu z tym siedzącym twardo w siodle podniesiony do góry punkt ciężkości! Jest to dobre w fazie skoku ale podczas jazdy po płaskim prowadzi do kolejnych błędów np. do stałego utrzymywania równowagi przy pomocy wodzy!!!.

Skręcanie – wodze na kontakcie, wewnętrzna łydka pionowo przyłożona do boku konia, wszystkie zewnętrzne składowe części ciała jeźdźca ”prą” w takt kroków konia do przodu tak jakby jeździec chciał się obrócić wokół własnej osi pionowej. Jeździec musi zaplanować moment wejścia w zakręt i wyjścia z niego, czyli przy skręcaniu np. o 90 st. na minimum 2 kroki przed wyjściem na prostą musi zacząć prostować swoją pozycję w siodle tzn. stopniowo zmniejszać skręcenie wokół osi pionowej i parcie zewnętrznymi częściami swego ciała, do pełnego wyprostowania tzn. że linia poprowadzona np. przez jego barki i krętarze mniejsze ma być idealnie prostopadła do osi wzdłużnej konia.

Kolejne blady związane z dosiadem znajdziemy w pytaniu nr (262) które brzmi : Opisz krótko i podaj najczęstsze przyczyny dosiadu fotelowego , odpowiedź brzmi : W dosiadzie fotelowym siedzenie nie znajduje się w najgłębszym punkcie siodła, gdyż zbytnio przesuwa się do tyłu. Na skutek tego uda i kolana podciągają się w górę. Błąd ten jest z reguły wynikiem zbyt krótkich strzemion (!), stałej jazdy w siodle skokowym(!) lub w siodle , którego najgłębszy punkt jest przesunięty za bardzo do tyłu.

W regulaminie z 1922 problem jest opisany prościej : Jeżeli uda są zbyt poziomo, jeździec traci poniekąd środek trzymania (sposób albo chwyt) się na koniu i prowadzenia go ( dosiad fotelowy).

Autorzy pytań PZJ dostrzegli związek między geometrią siodła, długością puślisk i postawą jeźdźca na koniu, nie przewidzieli jednak do czego doprowadzi podporządkowanie szkolenia wyłącznie wyczynowi, dlatego sądzę, że większość jeźdźców skracających ponad potrzebną miarę długość puślisk nie zdaje sobie sprawy, że jeździ w dosiadzie fotelowym!. Między innymi dlatego, że współcześnie powszechnie używa się u nas zbyt krótkich siodeł lokowanych blisko przednich nóg konia. W takiej pozycji przedni łęk podnosi się wysoko, siodło leży skośnie na grzbiecie konia, na skutek czego jeździec nie siedzi w najgłębszym jego miejscu tylko, niestety, zbyt blisko tylnego łęku. Można oczywiście uważać, że tak jest prawidłowo, ale jeśli przednia krawędź popręgu znajduje się blisko łokci konia, to znak, że sioło jest w niewłaściwej pozycji, zatem jeździec będzie nie tam gdzie być powinien. By dało się je tam umieścić siodło ma wysoko wysklepiony przedni łęk (bo siodlarze dostrzegli, że na takie siodła jest zapotrzebowanie), dzięki czemu nie dotyka kłębu konia, ale w takiej pozycji tylny łęk jest relatywnie nisko i jeździec zsuwa się do tyłu. Jeśli do tego dołożymy krótkie strzemiona, mocno przyłożoną tylną powierzchnię łydki do boku konia, co prowadzi do odstawiona kolana na zewnątrz i osłabienia chwytu zbyt wysoko podniesionym udem, otrzymujemy obraz nieprawidłowy, ale niestety często spotykany na naszych ujeżdżalniach.

Odmienny przypadek obserwujemy gdy uda ułożone są prawie pionowo , regulamin z 1922 kwalifikuje taką pozycję jako dosiad widłowy … Jeżeli uda są zbyt pionowo, siedzenie jeźdźca za mało znajduje się w siodle, jeźdźcowi brak swobody i przylegu.

Inny opis dosiadu widłowego znajduje się w odpowiedzi na pytanie Nr (263) Opisz krótko i podaj najczęstsze przyczyny dosiadu widłowego.

Odpowiedź : W dosiadzie widłowym ciężar jeźdźca spoczywa zbytnio na udach i pachwinach. Kości kulszowe są odciążone, łydki uciekają do tyłu a kręgosłup często jest wklęsły. Przyczyną tego błędu są zwykle zbyt długie strzemiona lub siodło którego najgłębszy punkt znajduje się za bardzo z przodu (cytat ściągnięty bezpośrednio z Internetu, nie przepisywany, nic w nim nie zmieniłem !) .

Przyznaję, że nie widzę w tej odpowiedzi prawie żadnego sensu, gdyż analizując po kolei jego fragmenty widzę w nim same błędy. I tak, kość kulszowa jest częścią miednicy, zatem kości siedzeniowe czyli krętarze mniejsze (wyrostki na kościach udowych) mogą być odciążone jedynie w przypadku gdy jeździec jedzie półsiadem albo staje w strzemionach, a są to dwie różne czynności!. Jeśli ciężar jeźdźca …spoczywa zbytnio na udach i pachwinach… mogę się tylko domyślać, że siedzi w ciasnym ujeżdżeniowym siodle z poduszkami które wymuszają pionową pozycję ud i wtedy… łydki uciekają do tyłu… gdyż traci równowagę wzdłużną w pionie, gdyż musi siedzieć na własnych tkankach okrywających kość kulszową a nie na kościach siedzeniowych. A nie mało ludzi u nas to praktykuje, oj nie mało!.

To nie jest dosiad widłowy!, a skok w galopie, koń skacze dosłownie, jeździec „skacze” razem z nim koncentrując się na rytmie skoku, podparcie na krętarzach mniejszych i palcach stóp mocno opartych na strzemionach. Tułów- kręgosłup wyciągnięty do góry, przedramiona w poziomie pomagają utrzymać równowagę ( zasada tacy z jajkiem) lewa łydka z przodu prawa pionowo w dół.

Dzięki temu w trakcie każdego skoku ( foule) program utrzymania równowagi ma czteropunktowy układ odniesienia, po dwa punkty z każdej strony jeźdźca, jak podczas chodzenia po ziemi gdy na przemian opieramy się na palcach i piętach, dzięki czemu instynkt piechura nie przeszkadza w skokach na wysokości.

Dosiad widłowy, błędnie kojarzony jest powszechnie z jazdą z długimi strzemionami, nogami podanymi wyraźnie do przodu i łydkami odstawionymi od boków konia, tyle, że przy odpowiednim siodle, na którym jeździec stoi ! nie siedzi, a właśnie stoi na kościach siedzeniowych (czyli na 2 punktach, a nie na kości kulszowej o której mówi pytanie PZJ – przepraszam, że się powtarzam) położonym na koniu we właściwym miejscu, taka pozycja nóg doskonale się sprawdza w czasie jazdy w pełnym siadzie galopem i cwałem, skręcaniu, hamowaniu lub utrzymywaniu konia w pozycji stój. Nawet jeśli taka sylwetka jeźdźca nie pasuje do obrazu współczesnego jeźdźca wyczynowego, to jeśli działa od kilku tysięcy lat to czegóż chcieć więcej od ją stosujących?!.

Sensu słów … kręgosłup często jest wklęsły… zupełnie nie rozumiem. Przed II WŚW gdy umiano jeszcze jeździć konno a sport dopiero zaczynał psuć tę umiejętność wyróżniano włoską, wypuszczoną ( u dżokejów?) i prostą (maneżową?) nerkę!. Włoska oznaczała, że kręgosłup jeźdźca znajduje się w czasie jazdy w pozycji anatomicznej tj., w części brzusznej jest wygięty anatomicznie do przodu, w łopatkowej wyprostowany, wyciągnięty w górę i znajduje się cały czas w ruchu, gdyż mięśnie biegnące wzdłuż kręgosłupa odgrywają kluczową rolę w utrzymaniu równowagi w czasie jazdy. Współcześnie widuje się często jeźdźców siedzących w siodle sztywno z „wyprostowaną nerką”, jakby siedzieli na krześle, jaki ma to wpływ na ich kręgosłup wiedzą tylko oni sami. Ja nie raz słyszałem od osób już nie jeżdżących konno, że przestały z powodu problemów z kręgosłupem, czy nie aby dlatego, że używały go niewłaściwie będąc pod wpływem XX wiecznych unowocześnień?. cdn.

Genialni dyletanci i trzeci styl. cz.1

Genialni dyletanci i trzeci styl, czyli nowe co jest bardzo stare. (Cz1.)

Dzięki zmianom ustrojowym schyłku XX wieku bardzo się u nas przez ostatnie 20 lat rozwinęło, ale jak w czasach PRL-u, gdy było sportem niszowym , nadal dzielone jest na lepsze, czyli wyczynowe i gorsze czyli rekreację zwaną z przyczyn mi nie znanych tatersalem, niestety metody szkoleniowe dla obu grup są jednakowe!. Owo dążenie do sukcesów w sporcie spowodowało ujednolicenie szkolenia i podporządkowanie go dwu sprzecznym ze sobą kierunkom tj. szkoleniu skokowemu i ujeżdżeniu z pominięciem nauki zwykłej jady konnej.

Sportowi” uważają, że nowoczesne metody szkoleniowe są dobre na wszystko, zatem nie przyjmują do wiadomości tego, że dla początkujących i mniej sprawnych fizycznie są one po prostu niewłaściwe, nie dostrzegają i nie akceptują także faktu, że jeździectwo jest sportem ekstremalnym wymagającym w pierwszej kolejności identyfikacji potrzeb i możliwości osoby szkolonej i to do nich dopasowania procedury szkoleniowej!.

6152klus

Koń przyzwyczajony do towarzystwa psa, to koń mniej wrażliwy na bodźce.

Mam za sobą długie, zażarte dyskusje z „nowoczesnymi” (od co najmniej 2004 roku) na ten temat i pełną świadomość faktu, że opór ze strony zwolenników wyłącznie sportowego szkolenia przed zaakceptowaniem trzeciej – bo nowej wg nich, drogi szkoleniowej jest nadal wielki, jednak dzięki Internetowi i ruchom rekonstrukcyjnym przybywa jeżdżących „inaczej” i chętnych do poznania czegoś nowego. To „nowe” to metody szkoleniowe tak naprawdę czasem bardzo stare, bo sięgające od antyku do wiedzy zgromadzonej przed początkiem XX wieku, u nas w sporej części niestety zaniechane po II WŚW, na szczęście nie zarzucone na obszarach gdzie koń nie jest jedynie sportową zabawką, dzięki czemu mamy wzory do których możemy się odnieść.

6211zakret_z_reka

Odchylenie prawego ramienia do tyłu wspomaga skręcanie w prawo, lewe ramię wychylane do tyłu pomoże skręcić w lewo, to ćwiczenie i zaprezentowane poniżej pomagają rozszerzyć pamięć motoryczną, jeździec „uczy” swoje ciało prawidłowych zachować się w określonych sytuacjach.

Już słyszę głosy protestu, że sportowi nie traktują koni przedmiotowo, że sport rozwija hodowlę, że konie przetrwały dzięki niemu ciężkie czasy PRL-u, że sportowcy mają być wzorem do naśladowania … i tu hola kochani sportowi, tutaj zaczynaj się schody, gdyż już przed II WŚW dostrzeżono, że sport co nieco dzieli od zwykłej jazdy konnej.

6203zakret_z_reka

Prawa dłoń na lewym ramieniu pomaga skręcać w lewo.

Powtarzam to od od lat kilku ale całkiem niedawno, dzięki Poznańskiej Bibliotece Cyfrowej zdobyłem dowód na to, że nie odkryłem ameryki, gdyż podobną opinię znalazłem w artykule „Nasz kierunek jazdy konnej” który napisał mjr dypl Tadeusz Nalepa w 1929, a opublikował w Przeglądzie Kawaleryjskim nr 8 / 1933, w nim czytamy …W szkoleniu kawalerii polskiej wybrano kierunek rewolucyjny, nie ewolucyjny oparty o doświadczenia armii byłych zaborców. Obrano kierunek nowy, propagowany przez garstkę, genialnych wprawdzie, ale dyletantów jazdy konnej i to w kierunku par excellence sportowym. Skutek był ten, że wyszkolono pewną ilość jeźdźców świetnych, lecz większość podążyć za nimi nie była w stanie. Do sukcesów dochodzili nie drogą systemu szkolenia a indywidualności lub przypadku ( dlatego, że trafili na dobrego konia – przypis KT). … po tak ostrym stwierdzeniu musiały być protesty w środowisku jeździeckim gdyż w numerze 11 PK w tym samym 1933 roku mjr Nalepa wyjaśnia – W poprzednim artykule użyłem określenia „dyletant” obawiam się aby go ktoś nie zechciał rozumieć inaczej, aniżeli rozumiem je ja i czuć się tym dotkniętym. Pod określeniem tym rozumiem jeźdźca o tak genialnym uzdolnieniu, że mógł pominąć wszelkie, wiekową tradycją i praktyką uświęcone, zasady, a po tytuł mistrza sięgnąć swoim indywidualnym systemem, systemem jednostek, a nie ogółu adeptów sztuki jeździeckiej. Te słowa dotyczą konkretnych ludzi, spowodowały wówczas sporą polemikę, jednak w tym artykule nie czas i miejsce na zgłębianie tego tematu, współcześnie mamy system szkolenia do sportowego używania! koni, ja zaś, jeśli nawołuję do powrotu w szkoleniu podstawowym do zasad uświęconych wielowiekową tradycją nie lekceważę znaczenie sportu i potrzeby jego uprawiania, powtórzę jeszcze raz, najpierw uczmy jeździć potem ujeżdżać albo skakać.

6172ulozenie_nog

Nogi w pozycji jak u sarmatów, pięty lekko w dół, lewa stopa podana do przodu, prawa wisi w pionie, lekkie oparcie na strzemionach, elastyczny staw skokowy.

Niestety między innymi ze względów merkantylnych nasze szkolenie od wielu lat „idzie” na skróty. Ma prawo obrażać się na moje „obrazoburstwo” każda(y) z Pań i Panów trenerek/trenerów, kto jest w stanie przekonać początkujących entuzjastów jeździectwa do rzetelnego trybu szkolenia, przeprowadzonego zgodnie z zaleceniami zawartymi np. w pytaniach i odpowiedziach (po usunięciu z nich kilku istotnych błędów) na brązową i srebrną odznakę jeździecką PZJ. Niestety jestem pewny, że równie silna jak misja szerzenia wyczynu jest presja finansowa ze strony klientów oczekujących silnych wrażeń podczas podrywanego kłusa i kicanego galopu, oraz w wielu przypadkach niekompetencja rodziców!!!, oczekujących od trenerów sowich pociech, często nie mających dostatecznych predyspozycji do uprawiania jeździectwa, wyników sportowych nie możliwych do osiągnięcia w krótkim czasie.

6168zakret_ulozenie_nog

Skręcamy w prawo wokół prawego punktu podparcia tj. miejsca styku prawego krętarza mniejszego z siodłem, prawa łydka i stola wspomaga chwilowy obrót ciała osi pionowej. W lewo robimy to samo wokół lewego krętarza mniejszego.

Zdaję sobie sprawę, że moja krytyka nie jest przyjemna dla wielu osób zaangażowanych w szkolenie ale wywołuje ją od lat to, że toleruje się wszelkie „skróty” dydaktyczne, zamiast stawiać na nudną, ale dającą efekty w długiej perspektywie czasowej naukę prawdziwej, tradycyjnej a nie wyczynowej jazdy konnej.

Wiedzy w dokumentach historycznych na której można się oprzeć jest sporo i dlatego od momentu gdy zwątpiłem w nowoczesną dydaktykę sięgałem po argumenty z różnych epok, i … niewiele to dało!, gdyż cała współczesna dydaktyka sportowa jest opata na „wynalazkach” XX wieku. Zatem, na skutek oporu sportowych postanowiłem sprawdzić „przykazania” których z takim żarem bronią, sięgnąłem po pytania które PZJ przygotowało dla chętnych do starania się o jej odznaki, w założeniu mające podnieść na wyższy poziom wyszkolenia, pojedynczo i grupowo, współczesnych sarmatów i okazało się, że wiedza w nich zawarta nie pokrywa się z praktyką znaną w realu.

6177klus_trawers

Kłus z trawersem w prawo, pamięć motoryczna kontroluje sekwencję ruchów poszczególnych części ciała jeźdźca, który co krok minimalnie  „przesiada się” w przestrzeni w kierunku w którym chce pojechać trawersem. Wprawiony jeździec pojedzie trawersem bez spychanie konia zewnętrzną łydką , uzyska ruch przenosząc swoją masę w żądanym kierunku. Koń potrzebuje trochę czasu na przyzwyczajenie się do tego sposobu przekazywanie komendy.

Pomijając mniejsze czy większe błędy które znalazłem w pytaniach i odpowiedziach na nie, mam nadzieję, że wiedza w nich zawarta zostanie uznana za punkt odniesienia w dyskusji nad tym czy najpierw uczyć jeździć czy od razu stawiać na wyczyn.

Skoncentruję się na omówieniu pytań dotyczących „ustawienia” sylwetki jeźdźca na koniu w czasie jazdy czyli wszystkim co związane jest z tzw. dosiadem.

Na początek autorka (autor?) pytania na brązową odznakę (nr 253) prosi o wymienienie rodzai dosiadu. Odpowiedź brzmi : Wyróżniamy trzy zasadnicze rodzaje dosiadu: dosiad ujeżdżeniowy (zwany też podstawowym), pół siad i dosiad stiplowy.

W następnym pytaniu (254) zawęża definicje dosiadu do jednego, tj. do ujeżdżeniowego jako podstawowego.

Biorąc pod uwagę fakt, że w tym jednym przypadku jeździec (poza fazą anglezowania) ma stały kontakt z siodłem, można go uznać za rzeczywisty dosiad, pozostałe tj. pół siad i tzw. dosiad stipolowy, nic wspólnego z dosiadem nie mają, gdyż nie ma w nich kontaktu jeźdźca z siodłem. Są to sposoby na używanie konia do zadań szczególnych, i tak pół siad jest przydatny przy podjeździe do przeszkody i przy strzelaniu z łuku, stiplowy do wyścigów, a oba, mają niewiele wspólnego z tradycyjną jazdą konną.

Zdecydowanie lepiej prawidłowy dosiad opisuje portugalski król Don Duarte w roku 1439, gdy podaje 6 elementów które pomagają twardo siedzieć na koniu.

1.Zawsze siedzieć w siodle prosto bez względu na to co się robi.

2.Mocno przykładać nogi do konia.

3.Oprzeć pewnie stopy w strzemionach.

4. Należy wiedzieć jak i kiedy używać rąk.

5. By dosiad był pewny należy dostosować sposób jazdy, w zależności od siodła tj. w

zależności od jego typu i proporcji.

6.Należy wiedzieć jak panować nad sobą należy siodło i strzemiona dobrać do akcji jaką

podejmujemy w oparciu o zachowanie dosiadanego konia.

Wbrew pozorom od czasów Don Duarte by dobrze jeździć konno (nie rozmawiamy o skokach przez przeszkody) niewiele więcej potrzeba, zaś nowoczesność czyli dydaktyka XX w. stworzona na bazie sukcesów „genialnych dyletantów” dała nam całą listę błędów dosiadu których opis znajduje się w pytaniu 261, na brązową odznakę PZJ, które brzmi : Wymień najczęstsze błędy dosiadu? Należy odpowiedzieć : Najczęściej spotykane błędy to ogólny brak rozluźnienia mięśni, podciąganie kolan i pięt do góry, klapiące łydki, sztywna, zablokowana ręka, garbienie się.

Przypadki wymienione w ww. pytaniu są u nas często widziane nie tylko w szkoleniu podstawowym, zatem powtórzę jeszcze raz, że może protestować przeciw moim tezom każdy, kto jeździ konno i nie obserwuje u siebie ani jednego z wyżej wymienionych błędów!. Próbując odpowiedzieć na pytanie dlaczego wymienione wyżej błędy są u nas tak powszechne wrócę, po raz kolejny, do problemu ustalania sylwetki początkującego jeźdźca, którego na progu jeździectwa wciska się układ w którym wg zalecań PZJ jeździec musi siedzieć prosto, tak, że można poprowadzić pionową linię od ucha poprzez bark, staw biodrowy i staw skokowy … . Nowocześni oczywiście nie zgodzą się ze mną, ale to w tym schemacie ukryte jest źródło ww błędów, gdyż narzuca się go wszystkim bez zastanowienia czy dadzą radę w nim się zmieścić!. Dzisiaj nikt nie chce pamiętać, że ten schemat przywieźli do Europy Mongołowie i Tatarzy, i że powtórnie „wymyślili” go ponad 100 lat temu rosyjscy wojskowi, bo w takiej pozycji jeździec wygląda dostojniej, bardziej ceremonialnie, jakby stał na baczność, a dzięki temu, że pasuje on do sportu wyczynowego, muszą w niego wchodzić także Ci, którzy o wyczynie nawet nie pomyślą. Złe w nim jest to, że utrzymanie takiej sylwetki w każdym ruchu zmusza jeźdźca do „jazdy w górę” tzn stałego podnoszenia się w strzemionach i stałego osłabienia dosiadu!, co przy skokach jest nawet pożądane ale dla zwykłej jazdy wręcz szkodliwe, gdyż w tym przypadku zależy nam na jak najmocniejszym kontakcie z siodłem!.

Zdjęcia Anna Deszczyńska.

Instynkt piechura (Świat koni 8/2013)

Nikt nie rodzi się jeźdźcem, jednak dzięki chęci i pracy jaka jest do tego niezbędna z piechurów możemy przeistoczyć się w jeźdźców. Nie zdajemy sobie jednak sprawy jak mocno w poprzek tego zamierzenia stoi instynkt piechura, który czuje się bezpiecznie jedynie wtedy, gdy ma pod stopami ziemię a gdy jej brak, strzemiona.

ja-do-inst

Jadę pierwszy raz na tym koniu, chwyt udem, łydka luźna, staw skokowy elastyczny, stopa lekko na strzemieniu, lewy bark lekko do przodu i dłonie wysoko żeby dać sygnał do skręcania w prawo,  wodze luźne , koń skręca od sygnałów dawanych całym ciałem jeźdźca.

Problem w tym, że dopóki ich nie wynaleziono jeźdźcy doskonale sobie radzili bez nich, gdyż instynktownie znajdowali w tej nienaturalnej dla istot dwunożnych sytuacji „ratunek” w jedyne możliwym i najefektywniejszym oparciu się na kościach siedzeniowych, a nie znając anatomii nawet nie zastanawiali się nad tym, że siedząc na grzbiecie konia tak naprawdę dzięki dwupunktowemu podparciu nadal stoją na krótkich odcinakach kości udowej (od główki zamocowanej w miednicy do krętarza mniejszego). 

Przez wieki zachodni styl jazdy cechowała równowaga  pomiędzy dosiadem dwupunktowym a długością strzemion, która została zachwiana z chwilą zmiany przeznaczenia konia z wyłącznie użytkowej na sportową. Wiadomo, że sport wyczynowy dla wyniku nie liczy się z niczym, dzięki czemu pęd za coraz lepszymi osiągnięciami sportowymi doprowadził do powszechnego zaakceptowania tego, że to co dobre w wyczynie jest dobre dla wszystkich. Zanikła granica pomiędzy sportem wyczynowym a masowym, który dla większości jeźdźców nie mających czasu i pieniędzy na wielogodzinne treningi jest sportem wysoce ekstremalnym, biorąc pod uwagę metody szkolenia jakim są poddawani.

W mocnym oparciu stóp nie ma nic złego, gdyż to dzięki balansowaniu na piętach i palcach, nasz mózg, poza naszą świadomością, kontroluje położenie naszego ciała w przestrzeni gdy stoimy, spacerujemy czy biegamy. Podobny mechanizm będzie działał gdy „siedzimy” w siodle, dopóki nie zaczniemy wykorzystywać tej sytuacji do innych celów, nie związanych z samą jazdą konną czyli np. do strzelania z łuku lub do skoków przez przeszkody. W przeszłości, by efektywnie wykorzystać konia jako platformę bojową na wschodzie skracano strzemiona z jednoczesnym cofnięciem zaczepów puślisk pod środek ciężkości jeźdźca, współcześnie skraca się strzemiona po to, by sprawnie skakać przez wysokie, strome przeszkody, ale po co to robić jeśli jeździec nie strzela z łuku i nie skacze przez przeszkody?  

kos-inst-piech

Piszę o podparciu dwupunktowym gdy tymczasem np. w książce „Nauka Jazdy Konnej” Wilhelma Müsselara na stronie 33 w rozdziale „Działanie ciężarem jeźdźca” jest następujący fragment: „Każde ciało może mieć kilka podpór, np. stół na czterech nogach (jak koń) lub na trzech nogach (jak jeździec na obu kościach kulszowych i kroczu)”.   Informację o siadzie na kościach kulszowych mylonych z siedzeniowymi znalazłem w kilku współczesnych poradnikach (są także w pytaniach na odznaki PZJ) dotyczących jazdy konnej, niestety ich autorzy nie sprawdzili w atlasach anatomicznych, że kości kulszowe i krocze to jedno i to samo.   Pomijając błąd w nazewnictwie samo to, że Wilhelm Müsselar zaleca siad na 3 punktach można rozumieć jako optymistyczne założenie, że będzie to stały kontakt z powierzchnią siodła poprzez kość kulszową i krętarze mniejsze (popularnie nazywane kośćmi siedzeniowymi). W praktyce możliwa jest jednak taka sytuacja, że przy silnym pochyleniu tułowia do przodu cały ciężar ciała jeźdźca może chwilowo spoczywać wyłącznie na trzecim punkcie czyli na częściach ciała okrywających przednią część kości kulszowej a to przyjemne i wygodne nie jest.. Twierdzeniu W. Müsselar o prawidłowości 3 punktowego dosiadu przeczy istnienie i stosowanie siodeł  typu McClillan, Whitman i im podobnych ( np. współczesnych rajdowych)  z pokaźną dziurę pośrodku (nie służącą wg błędnych twierdzeń niektórych „znawców” tematu do wentylacji) która zmusza jeźdźca do siadu tylko na kościach siedzeniowych.

Siodło oficerskie typu Whitman

Geneza tych siodeł sięga antyku gdy ludzie odkryli, że wygodniej jest siedzieć na koniu z wydatnymi mięśniami biegnącymi wzdłuż kręgosłupa niż na takim który ich nie ma ( Ksenofont Hippika – 2300 pne  … wygodniej jest jeździć na dwu-grzbietym koniu…) .    Niestety, dosiad z silnym przyleganiem kością kulszową do powierzchni siodła jest u nas powszechnie spotykany na skutek używania siodeł dokładnie dopasowanych do obrysu dolnej części ciała jeźdźca. Nie dlatego, że brak płaskich siodeł, ale dzięki złudnemu przekonaniu, że ciasne siodło poprawi dosiad jeźdźca. Takie przekonanie doprowadziło do stworzenia wąskiej, niewygodnej metody poruszania się na koniu, w której jeździec siedzi na kroczu, i własnym ciężarem wytwarza nacisk który musi zmniejszyć przenosząc ciężar na strzemiona( osłabia dosiad), przy czym garbi się i usztywnia, czym jeszcze bardziej szkodzi ruchowi zespołu koń-jeździec.

 

Dwa grzbiety – siodło sarmackie III w. p.n.e. Namalowane na podstawie znalezisk historycznych. Dario Wielec (USA)

Teraz wszyscy nowocześni jeźdźcy będą się zapierali, że nie gniotą się w krocze, że wymyśliłem coś paskudnego, ale proszę odpowiedzieć szczerze na proste pytanie, siedzicie koleżanki i koledzy wzdłuż czy w poprzek? Siedzenie w poprzek oznacza, że jeźdźcy bez różnicy płci czują, że kontaktują się z siodłem wyłącznie poprzez krętarze mniejsze a po środku, co najwyżej przylegają do powierzchni siodła bez uwierania.  

Jeśli jeździec siedzi słabo na kościach siedzeniowych i ma cofnięte pod tułów łydki i stopy (co jest współcześnie uznawane za jedyną prawidłową pozycje na koniu) to w czasie jazdy wszystkimi chodami  ma problem z utrzymaniem równowagi w pionie ( jedzie cały czas lekko pochylony do przodu a przy zwalnianiu łatwo przechla się do przodu, przy ruszaniu do tyłu) zatem by utrzymać stałą pozycję chwyta się łydkami boków konia ( martwa łydka) usztywnia się i dosłownie „zawisa” na wodzach. Koń na ciągnięcie odpowiada napieraniem na wędziło na skutek czego dwa miękkie z natury paski skóry stają się twarde jak stal i zaczynają służyć jako narzędzie do utrzymania równowagi w pionie w kierunku przód -tył.

Przy podparciu dwupunktowym tj. na kościach siedzeniowych chwyt realizowany jest udem do kolana, dzięki czemu do utrzymania równowagi przód-tył jeździec używa mięśniu brzucha i biegnących wzdłuż kręgosłupa, łydka i stopa znajduje się przed jeźdźcem, i to wystarcza by „program” służący zachowaniu równowagi zapisany w naszych głowach działał podobnie jak na ziemi. W przed XX wiecznych systemach jeździeckich początkowy okres szkolenia na płaskich siodłach bez użycia strzemion służył przekształceniu piechura w centaura. Liczył się efekt końcowy a nie natychmiastowa satysfakcja, w postaci np. szybkiego galopu w pół-siadzie, choćby dlatego, że na zachodzie takiej pozycji wówczas nie znano. Jeździec musiał siedzieć zawsze prosto bez względu na to co roił, dla jego własnego dobra nie pozwalano mu na jazdę wyższymi chodami póki nie opanował podstaw, czyli siadu na kościach siedzeniowych i chwytu udem ze swobodną łydką. Jeździec uczył się po raz drugi poruszać w pionie, co wymagało zaakceptowaniu tego, że bezpieczne podparcie znajduje na kościach siedzeniowych a nie na stopach. Wbrew własnemu instynktowi nakazującemu mu kurczenie się w sytuacjach niebezpiecznych musiał nauczyć się wyciągać tułów w górę, na co zwraca się uwagę także współcześnie ( gdyż w ten sposób poprzez rozciągnięcie kręgosłupa uaktywnił mięśnie biegnące obok niego, wzmocnił dosiad i zmniejszył możliwość wychylania miednicy)  i nie podkurczać nóg, wręcz wyciągać je w dół przed siebie, tak by utrzymać równowagę w przestrzeni w której się poruszał. Utrzymanie wyprostowanego tułowia w czasie ruchu jest bardzo ważne, ze względu na siły odśrodkowe, gdyż przy dynamicznej zmianie kierunku poruszania się,  na przykład w prawo lub w lewo, odbywa się to z przyspieszeniem i prędkością przekraczającą zdolność reakcji piechura,  a wychylenie w bok spowoduje utratę równowagi i upadek. 

ins-tekst-01

ins-tekst-01

ins-z2

ins-t2

Chwyt łydkami przy skróconych strzemionach nie jest w stanie temu zapobiec, gdyż siły jakie wytwarza masa jeźdźca są zbyt duże by ją nimi utrzymał. Nawet jeśli w poradnikach jeździeckich zaleca się chwyt udem, to współczesne metody szkolenia nie są w stanie tego wyegzekwować. I tak na skutek zawężenie szkolenia instynkt piechura ma się dobrze i nie raz pomógł jeźdźcom w mniej lub bardziej twardym lądowaniu na matce ziemi.

 

Geometria dosiadu i taniec z powietrzem.

W śmiałym artykule „Nie rozwijajmy ujeżdżenia” pani Ewa Rot-Buga (KP 2/2013) porusza problemy wynikające ze słabości XX wiecznej odmiany klasycznego systemu szkolenia (należało by go nazywać pseudo-klasycznym). Twierdzenie, że zaledwie 100 lat wprowadzania „innowacji” doprowadziło do wypaczenia klasycznych metod szkolenia , jest odrobinę przesadzone, przed II wojną światową nie było aż tak źle, proces wypaczania rozpoczął się dopiero po 1945 roku, gdy jeździectwo uznano za burżuazyjną fanaberię a szkolenie ograniczono do wąskiego grona ludzi związanych z hodowlą, sportowców wyczynowych a z biegiem czasu i zapaleńców nie zważających na to co władze II-ej kongresówki uważały z społecznie poprawne.
Po roku 1990 gdy jeździectwo zaczęło dynamicznie się rozwijać nie było od kogo uczyć się podstaw gdyż nikt nie wiedział jakie one są. Oczywiście i wówczas troszczono się o dobro konia, ale tolerowanie za krótkich strzemion, ciasnych siodeł, okopywania boków konia w kłusie, anglezowania przez podrywanie się do góry, mocne dzierżenie wodzy, poruszanie wodzami prawo-lewo powodujące że koń kiwa głową w takt tych ruchów, rytmiczne napieranie biodrami na przedni łęk i inne tzw. patenty mocno tę troskę osłabiały.
Zgadzam się z panią Ewą Rot-Buga że …natural nie ma w swojej ofercie nauki dosiadu, niestety problem jest głębszy gdyż i inne „szkoły jazdy” nie maja takiej oferty. Cóż zatem trzeba zrobić żeby nauczyć się poprawnego dosiadu i właściwego zachowania na koniu?.
Uważam, że należy wrócić do sprawdzonych wzorów zachodnioeuropejskiej sztuki jeździeckiej w której dosiad opierał się na sylwetce jeźdźca siedzącego zawsze prosto bez względu na to co się robi ( Don Duarte XV wiek) ( wyłączając z tego schematu skok przez wysoką przeszkodę, niską można przeskoczyć bez pochylania się do przodu ) z udem podanym do przodu, łydką opuszczoną pionowo w dół , ze stopą poziomo lub z pietą lekko opuszczoną, trzymaną zawsze równolegle do boku konia lub palce lekko nie mogą na zewnątrz, odpowiednim munsztuku oraz dobrym siodle położonym we właściwym miejscu na grzbiecie konia.

hist-galop-rob-cwal

Podstawą prostej sylwetki jeźdźca jest odpowiednie siodło, które by spełniało swoje zadanie powinno być odpowiedniej długości, o łagodnym profilu wzdłużnym i poprzecznym, dzięki czemu miednica a za nią kręgosłup jeźdźca pozwoli mu siedzieć prosto, bez tybinki lub z tybinką bez poduszek albo z takimi które nie ograniczają swobody ustawienia uda i łydki, która ma tylko przylegać do boku konia tak by była gotowa do użycia jeśli zajdzie tego potrzeba.
Współczesne siodła z reguły są idealnie dopasowane lub wręcz za ciasne, często siodło skokowe służy do jazdy w parkurze i w terenie, złudne poczucie dobrego trzymania dolnej części ciała w efekcie daje słaby siad na kościach siedzeniowych. Jeźdźcy przesiadający się z siodeł skokowych w których dzięki stromemu pochyleniu tylnej powierzchni siedziska ( jeden z patentów wymyślonych w XX wieku) w których ich miednica jest przechylona do przodu, na siodła „płaskie”, mają wrażenie, że odchylają się do tyłu gdy tymczasem dopiero w nich siedzą prosto. Pochylenie miednicy i kręgosłupa jeźdźca do przodu pomaga mu w „złożeniu” się do skoku jednak zdecydowanie osłabia dosiad, jednocześnie zwiększa przyleganie kości łonowej ( kulszowej) co jest odczuwane jako dyskomfort i eliminowane poprzez silniejsze wsparcie na strzemionach. Opisany mechanizm skazuje każdego kto próbuje poza parkurem jeździć w siodle skokowym na jazdę bez dosiadu, stale w pozycji „gotowy do skoku” z środkiem ciężkości przesuniętym do przodu ( jeździec ma wrażenie, że padnie na nos jak narciarz pędzący na kreskę w dół zbocza) utrzymuje równowagę jedynie dzięki temu, że na mocne dzierżenie wodzy koń odpowiada równie mocnym ich napinaniem. Przy szybszych chodach napięty jeździec generuje coraz większe siły odśrodkowe z którymi próbuje walczyć poprzez jeszcze większe usztywnienie i kurczowy chwyt łydkami ( martwa łydka – kolejny patent XX wieku). Jeździć w takiej pozycji można, jeśli wszyscy tak jeżdżą to jest ona uznawana za poprawną, sprawni fizycznie dochodzą do wyników które ich zadowalają, tyle, że z prawdziwą harmonią z ruchem konia nie ma to nic wspólnego.

wsp-step-klus

By uzyskać prawidłową sylwetkę jeźdźca , prawidłową geometrię jego systemu biomechanicznego, należy pogodzić się z faktem, że szkolenie podstawowe należy prowadzić w siodłach takich jak hiszpańskie, portugalskie, McClellan-a, Whitmen-a, westernowe czy
XX-o wieczne wojskowe lub współczesne sportowe o długim płaskim siedzisku z tybinkami bez ciasnych ograniczników, gdyż tylko takie siodła pozwalają jeźdźcowi siąść na 2 punktach z rozluźnionymi mięśniami obu nóg. Postulat wyeliminowania ze szkolenia podstawowego i jazdy w ogóle anglezowania może wydać się zbyt radykalny ale racjonalnie patrząc jeśli mechaniczne anglezowanie przez podrywanie do góry prowadzi do usztywnienia ruchu jeźdźca i konia to zdecydowanie lepiej nie anglezować. Zresztą mistrzowie o których pisałem w „Czasie długich strzemion” (KP 9/2012, odwołuje się do nich także pani Ewa Rot-Buga KP 12/2012) nie anglezowali i mieli doskonałe wyniki, na cóż nam wynalazek angielskich listonoszy używających konia jako środka transportu?!. Obrońcom anglezowania, które w założeniu ma odciążać kona zwrócę uwagę na to, że tylko prawidłowe, miękkie anglezowanie nie szkodzi koniowi, mechaniczne przysiady wyglądają nieelegancko, zaburzają ruch i usztywniają konia. Zresztą listonosze „wymyślili” anglezowanie po to, żeby to im było wygodniej, końmi raczej się nie przejmowali. Tymczasem jazda kłusem ćwiczebnym (na przełomie XIX i XX wieku nazywanym francuskim !) nie prowadzi do usztywnienia ruchu jeźdźca i konia. Wymaga od człowieka więcej pracy, na początku z powodu zmęczenia ma on mniej satysfakcji z pokonywania przestrzeni, jednak na długą metę jest dla niego i dla konia bardzo korzystna a przy okazji poprawia muskulaturę brzucha jeźdźca.

W celu uzyskania prawidłowego ruchu konia ważna jest pozycja siodła na jego grzbiecie. Powinno leżeć tak, by jeździec nie siedział zbyt blisko przednich nóg wierzchowca (co jest współcześnie powszechne i co jest przyczyną problemów z łopatkami u wielu koni).
W przeszłości z właściwą lokalizacją siodła radzono sobie stosując podogonie i napierśnik. Współcześnie uważa się, że miały one stabilizować siodło przy podjeżdżaniu i zjeżdżaniu ze wzniesień w czym oczywiście pomagają , ale w przeszłości, jeśli jeszcze podjeżdżano, to przy ruchu w dół długiego stromego zbocza, gdy nie było to absolutnie konieczne zalecano schodzenie obok konia. Szczególnie wschodnie siodła o krótkiej terlicy wymagały precyzyjnego wyznaczenia ich pozycji, gdyż zbytnie zbliżenie do łopatek męczyło konia ( … w drodze siodło na łopatkach naprzykrzy się, a młodemu pokazi ( uszkodzi) chrząstki- Gospodarstwo jeździeckie… Poznań 1600 r. ) i zmniejszało dystans jaki mógł pokonać. Podogonie i napierśnik pozwalały przy siodłaniu zaoszczędzić czas i uzyskać powtarzalność pozycji, nawet jeśli siodłał doświadczony jeździec lub stajenny.
Uważnie przyglądając się ikonografii (od średniowiecznej do początku XX wieku) dostrzeżemy, że popręgi znajdowały się dość daleko od łokcia, często w odległości większej niż jedna dłoń, co jest logiczne, gdyż im krótsza terlica leżąca w środku kłody tym będzie dalej od jego przednich nóg. Konie siodłane blisko łopatek „chodzą” na przednich nogach „wlokąc” za sobą zad, jeżdżone z mocno skróconym wodzami, co nie pomaga uzyskać właściwego zebrania, w galopie wykonują krótki ruch przednimi nogami a nie mogąc podstawić pod siebie tylnych, podnoszą zad do góry.

wsp-galop-zebr

Jeździec stoi w strzemionach z sztywnym stawem skokowym i „wisi” na wodzach czyli utrzymuje równowagę przód tył mocno ciągnąc za wodze.

Przypomina to kicanie zająca i jest bardzo nieprzyjemne dla jeźdźca ( tylny łęk uderza go w kość ogonową) który radzi sobie z tym problemem przechodząc do pół-siadu. Z reguły jeźdźcy im szybciej jadą tym wyżej podnoszą siedzenie, a to, nawet jeśli jest skuteczne wygląda bardzo, bardzo brzydko.
Tymczasem prawidłowo ulokowane siodło i wyprostowana sylwetka jeźdźca w pełnym siadzie zapewniają we wszystkich chodach równomierne rozłożenie ciężaru na nogi konia co ułatwia mu poruszanie się w każdym terenie . Dzięki temu, jeździec, siedząc prosto, z nogami lekko podanymi przed siebie potrafi zatrzymać konia nawet z najbardziej dynamicznego ruchu gdyż nie boi się prędkości jaką nadaje mu rozpędzony wierzchowiec. Istotny jest także stały brak usztywnienie, dzięki temu jeździec bez problemu radzi sobie z siłami oddziaływującymi na niego przy przyspieszaniu, zwalnianiu i na zakrętach (siły odśrodkowe). W momencie gdy koń zrobi nagły, niezapowiedziany skręt w miejscu, choćby tylko o 90˚ w lewo lub prawo, zewnętrzna stopa w momencie obrotu ciała jeźdźca wokół osi pionowej odstawiona na zewnątrz wykonuje ciasny łuk, przenosząc siłę odśrodkową przez strzemię i puślisko na terlicę, dzięki czemu jeździec nie wyleci z siodła. Istotnym czynnikiem stabilizującym tułów jeźdźca w pionie oraz wpływającym na odczuwanie równowagi w przestrzeni jest układ ramion, rozluźnionych w barkach, zgiętych w łokciach pod kątem 90˚, z dłońmi na szerokości barków. Rozluźnienie nie oznacza zwiotczenia sylwetki lecz elastyczny ruch razem z koniem, nie podążania a kroczenie razem z nim. W stępie gdy koń stawia np. prawą tylną nogę jego grzbiet pod jeźdźcem po prawej stronie lekko się opuszcza i w ten „dołek” jeździec „stawia” swoją prawą nogę, „idąc” razem z koniem kołysze miednicą w takt tylnych nóg kroczącego konia. W kłusie kołysanie jest szybsze a „dołki” płytsze, ruch miednicy jeźdźca z boku na bok jest zatem szybszy a wychylenia minimalne. W galopie koń i jeździec jednocześnie skaczą (dawniej galop nazywano skokiem) jadąc w prawo na tylnej lewej i przedniej prawej ( prawa przekątna) , jadąc w lewo na tylnej prawej i przedniej lewe kończynie ( lewa przekątna) .
Bardzo trafny opis sylwetki i zachowanie jeźdźca pozostawił nam książce Wiliam Cavendish: Piersi jeźdźca powinny być w pewnym stopniu wypięte, jego oblicze przyjemne i wesołe, ale bez uśmiechu. Oczy skierowane bezpośrednio między uszy konia gdy porusza się do przodu. Nie mówię, że powinien trzymać się sztywno jak na warcie, lub, że powinien siedzieć na koniu jak posąg, ale, wręcz przeciwnie, że, powinien być wolnej (nieskrępowanej) postawy, najlepiej porównać to do tańca z powietrzem. Dlatego chciałbym by Gentleman pojawiał się na jeździe nie usztywniony. Jest raczej dobrodziejstwem dla ucznia i dla mistrza, by nigdy nie zdarzyło mu się obserwować sztywnej postawy, która czyni wygląd jeźdźca nieeleganckim czy wręcz głupim. Dobry dosiad jest na tyle istotny, że regularny ruch konia całkowicie zależy od niego, do tego jest korzystny i dla innych pomocy, więc niech uczeń nie ma ich w pogardzie. Ponadto śmiem zaryzykować, że kto nie siedzi delikatnie na koniu nigdy nie będzie dobrym jeźdźcem.
Problem XX wiecznej dydaktyki nowo-klasycznej polega na tym, że skazuje człowieka na stan permanentnego pozostawania w tyle, powiedzenie „zabierz się z koniem” wskazuje kto rozpoczyna ruch, a w takiej sytuacji jeździec jest od razu spóźniony i nie koncentruje się na swoim ruchu tylko na dogonieniu ruchu konia. Należy uświadomić człowiekowi, że to jego myśl „uruchamia” konia, że, żeby koń poruszał się zgodnie z jego wolą to on sam musi się poruszać, dawać właściwe sygnały całym sobą, bo to jest najskuteczniejszy sposób porozumiewania się z koniem. Przy takim nastawieni psychicznym przyspieszając lub wzmacniając swój ruch dajemy sygnał przyspiesz, zwalniając siebie sygnalizujemy zwolnij.
Można nauczyć konie by ruszały z miejsca na cmoknięcie, ucisk łydek, klepnięcie dłonią, lub na pospolite wio, jednak najskuteczniejszym sposobem jest zainicjowanie ruchu myślą , trzeba pomyśleć – chcę iść, resztę zrobi program który mamy zakodowany w sobie, nasze ciało zareaguje tak jakbyśmy stali na ziemi, da sygnał ruszamy np. z prawej nogi i koń ruszy z prawej tylnej, oczywiście nie za pierwszym razem, ale koń szybko zaakceptuje ten sposób wydawania poleceń. Nad tym sposobem komunikacji trzeba jednak sporo popracować na początek na lekki nacisk łydkami zareaguje każdy koń, nawet systematycznie okopywany lub jeżdżony z martwą łydką.
Gdy chcemy się zatrzymać stąpając po ziemi przestajemy się ruszać, wystarczy zrobić to samo na koniu, nie zatrzymamy się w pół kroku, wygaszając własny ruch stopniowo, damy mu czas na to by poczuł sygnał jaki do niego dociera, co on oznacza i by go wykonał.
By nie być skazanym na podążaniem za ruchem konia musimy się sami ponownie zaprogramować, po raz drugi nauczyć chodzić, biegać i skakać tyle, że przy pomocy nóg naszego partnera od tańca z powietrzem. Im szybszym chodem będziemy się poruszać tym mniej czasu będzie na wydawanie poleceń stąd trzeba popracować nad samo programowaniem by w sytuacjach krytycznych działać automatycznie, bez zbędnego myślenia jaka jest kolejność czynności które mamy wykonać by osiągnąć zamierzony cel.

Metody szkoleniowe drugiej połowy XX wieku zakładają, że zawsze jeżdżono tak jak to opisałem na początku artykułu, tymczasem szkodliwe „innowacje” i niektóre tzw. patenty zostały wprowadzone dlatego, że przyspieszają szkolenie, dlatego, że w za ciasnym siodle inaczej jeździć się da, albo, by skutecznie przeskakiwać wysokie przeszkody, itd. lista powodów jest długa. Tyle, że nawet Federico Caprilli poza parkurem nie jeździł tak jak się u nas jeździ na co dzień, a i skakał z dłuższymi strzemionami niż współcześnie się sądzi. Nie proponuję żeby od razu skakać z długimi strzemionami, analiza jak to ronił F. Caprilli to temat na osobny artykuł, być może nawet na nie jeden, sam jestem ciekaw co pisał na temat jeździectwa w swoich opracowaniach przed stu laty, On, jeździec na granicy dwu epok.

Zdjęcia z opracowania Gabriele Benucci-go „Federico Caprilli, tra storia e romanzo – Federico Caprilli między historią a fikcją”

caprilli_2

Na F.Caprilli na koniu Pouff 1906 r .

caprilli2-i-krol-male

Zdjęcie Król Włoch, Vittorio Emanuele III jadzie środkiem drogi,
dedykowane generałowi Berta. jeździec z prawej strony zdjęcia to Federico Caprilli.

Zdaję sobie sprawę, że w ramach jednego artykułu trudno jest wskazać wszystkie niedostatki ( patenty) XX wiecznych metod szkoleniowych i wyjaśnić jak sobie z nimi radzić, mam jednak nadzieję, że wracając do prawdziwej klasyki z biegiem czasu naprawimy to co one zepsuły .
Karol Tomczyk
2013-02-10
.

Czas długich strzemion.

Czas długich strzemion.

Całkiem niedawno, bo na początku XXI wieku w środowiskach rekonstrukcyjnych zainicjowana została dyskusja na temat jazdy z długimi strzemionami. Grupy rekonstrukcyjne odtwarzające kawalerię polską z czasów napoleońskich starają się nawiązać do tego stylu ale do szerokiej akceptacji jego zalet jest jeszcze bardzo daleko.

albuera-2011-7-plk-lansjerow-nadwislanskich

Albuera 2011 – 7-y pułk ułanów Nadwiślańskich.

albuera-1811-2011-mpiontek-168-m2

Strzemiona, dzisiaj powszechne stosowane i uznawane za niezbędne do jazdy konnej pojawiły się w Europie na przełomie VI i VII w n. e.. Przyjmuje się, że wynaleziono je w Chinach w II w. n. e. , dowodem na to ma być gliniana figurka jeźdźca znaleziona w grobowcu w Changsha, datowana na 302 rok n.e. Wykonane z żeliwa lub brązu, przez Koreę trafiły do Europy pod koniec VI w. n. e. wraz z Awarami i od razu zostały przyjęte przez Bizantyjczyków. Kodeks Strategikon Teodozjusza II który powstał około 580 r. n. e. (wg innych źródeł jego autorem był cesarz Maurycy – 600 r. n. e.- jest to jednocześnie najstarsza wzmianka na ten temat w literaturze europejskiej) mówi o potrzebie używania żeliwnych strzemion,. Podparcie stóp jeźdźca znane było jednak dużo wcześniej, najstarszy przykład jego stosowania znajduje się na płaskorzeźbie z 852 r. p. n. e ! przedstawiającej asyryjskiego króla Salamanazara III ze stopami w sznurowych strzemionach. W okresie ekspansji Franków ( przełom VIII-IX w. n. e) w Europie Zachodniej upowszechniły się strzemiona z żelaza. W wieku X znane są już na terenie całej europy, przy czym ich stosowanie prowadzi do ewolucji siodła, które nadal ma mocne ławki, jednak przykryte są one siedziskiem z tłoczonej skóry lub wyszywanych tkanin, wyposażone w szeroki i wysoki przedni i tylny łęk dzięki czemu przedni chroni podbrzusze a tylny daje oparcie przy uderzaniu kopią. Zmienia się także dosiad jeźdźca który siedzi na kościach siedzeniowych (wyrostki na kościach udowych, nazywa anatomiczna krętarze mniejsze nie należy ich mylić z kośćmi kulszowymi które są częścią miednicy) z nogami podanymi do przodu, a strzemiona są przypinane do puślisk mocowanych blisko przedniego łęku. Jest to istotny szczegół gdyż w tym samym czasie ze wschodu trafia do Europy drugi typ siodła, które jest znacznie mniejsze od zachodniego , wyposażone w mostek rozpięty pomiędzy łękami ze strzemionami przymocowanymi pośrodku ławek tuż pod jeźdźcem.

siodlo-terlica-2

Typowe siodło wschodnie, mocowanie puślisk pod jeźdźcem.

Różnice pomiędzy siodłami zachodnimi i wschodnimi mają podłoże w różnym sposobie walki kawalerii ich używającej. W Europie wprowadzenie strzemion pozwoliło do stosowania coraz dłuższych kopii dochodzących do 6,2m, służących do uderzenia na wprost.. Jazda wschodnia zasypywała przeciwnika strzałami z dystansu, zdziesiątkowanego, na poranionych koniach docinała szablami, dlatego jeźdźcy wschodu jeździli z bardzo podkasanymi strzemionami co dawało im doskonałą platformę do strzelania z łuku. Dodatkowo mostek mocowany do ławek gniotący jeźdźca w krocze wymuszał odciążające wsparcie na skróconych strzemionach.

Dosiad jeźdźców tamtego okresu dokumentują zabytki ikonograficzne, pieczęcie, rzeźba, w wieku XV pojawiają się dokumenty pisane pomiędzy którymi jednym z najstarszych jest tekst króla Portugalii Don Duarte wydany w 1435, podaje w nim 6 elementów które są podstawą twardego dosiadu:

1.Zawsze siedzieć w siodle prosto bez względu na to co się robi.

2.Mocno przykładać nogi do konia.

3.Oprzeć pewnie stopy w strzemionach.

4. Wiedzieć jak i kiedy używać rąk.

5. Dostosować sposób jazdy do typu siodła i jego proporcji.

6.Należy wiedzieć jak panować nad sobą a siodło i strzemiona dobrać do akcji jaką

podejmujemy w oparciu o zachowanie dosiadanego konia.

Podaje także pięć podstawowych sposobów jazdy na koniu uznając inne za ich pochodną.

Pierwszy, dostosowany do siodeł nazywanych Brevante które wymagały jazdy z długimi nogami, podanymi trochę do przodu ze stopami mocno opartymi w strzemionach.

Drugi, gdy jeździec siedzi w siodle z długimi nogami lub nieco zgiętymi, ze stopami tylko położonymi w strzemiona, styl stosowany wówczas w Anglii i różnych krajach Italii, gdzie używano innych siodeł niż w Portugalii. Jego zasadą było utrzymanie wyprostowanej sylwetki z udami mocno przyciśniętymi do konia z nogami odstawionymi w jednej linii z tułowiem . Trzeci, bazuje na jeździe z długimi nogami skierowanymi pionowo w dół, ze stopami w strzemionach, bez siedzenia w siodle z równowagą utrzymywaną przy pomocy przedniego i tylnego łęku. Używany przez jeźdźców starej daty na turniejach i gonitwach. Strzemiona były ze sobą spięte pasem pod brzuchem konia .

Czwarty, do jazdy na siodłach nazywanych „Jineta” na którym jeździec zawsze siedzi w centrum siodła z nogami zawsze zgiętymi, mocno przyłożonymi do konia, ze stopami mocno wspartymi na strzemionach (Styl zapożyczony od hiszpańskich Maurów).

Piąty, bez siodła czyli na oklep z chwytem kolanami i udami lub nogami zgiętymi jak najbardziej i mocno przyłożonymi do boków konia lub nogami zgiętymi tak by palcami stóp dotykać brzucha konia.

W piśmiennictwie polskim jednym z najstarszych źródeł dotyczących jeździectwa jest „ Dworzanin polski” Łukasza Górnickiego z 1566 r. w części przekład, w części parafraza włoskiego dzieła zatytułowanego „Il Cortegiano” Baltazara Castiglione. Trudno zatem ustalić czy opis …A zasię jako miło patrzeć na owego, który ani wyciągnie zbytnie nogi, ani jej nad miarę skurczy, ale ją , nic w rzeczy o jeździe swej myśląc, statecznie się trzyma, sam sobą z lekka jako koń stąpi … dotyczy bardziej Włochów czy współczesnych Górskiemu rodaków.

W książce „Hippika abo sposób poznania, chowania i stanowanie koni przez Krzysztofa Pieniążka” wydanej w roku 1609 o dosiadzie nie jest nic napisane, za to dużo o munsztukach ale to temat na odrębne opracowanie.

Nieznany autor dzieła „Gospodarstwo jeździeckie, strzelcze y myśliwcze z doświadczenia NN. Szlachcica polskiego, napisane roku pańskiego 1600” wydane w Poznaniu w 1690 o doborze długości puślisk pisze … Koniec palców u ręki na dziurę , w której u siodła puśliska wiszą, a strzemiona pod pachę: które jeśli od końca palców do pachy przystaną, równo to i nogom będzie.

Do najbardziej znanych autorów piszących w europie zachodniej należy Giovannii Battista Pignatelli który był XVI-wiecznym włoskim mistrzem jazdy konnej. W szkole jazdy prowadzonej przez Federico Grisone w Neapolu Pignatelli nauczył się sposobu stanowczego postępowania przy szkoleniu koni. Jago uczniem był Antoine de Pluvinel (1552 – 1620) który wrócił do łagodnych metod Ksenofonta i był pierwszym francuskim mistrzem jazdy konnej, który miał wielki wpływ na nowoczesne ujeżdżenie koni. Pluvinel napisał L’Instruction du Roy en de monter a cheval  („Królewska instrukcja o sztuce jazdy”) przypisuje mu się wynalezienie metody stosowania dwóch filarów a także wykorzystanie jazdy z łopatką do środka i wolt, do zwiększenia elastyczność konia. W 1594, Pluvinel założył „Academie d’Equitation– Akademię jeździecką”  w której oprócz jazdy konnej uczono także tańca, dobrych manier, czyli wszystkiego co wówczas uważano za niezbędne szlachcicowi. Do Academie d’Equitation uczęszczał przyszły kardynał Richelieu, oraz William Cavendisch duke of Newcastle (6 XII 1592 – 25 XII 1676)  który napisał „A General system of horsemanship in all it’s branches” Ogólny system jazdy konnej we wszystkich odmianach.

nr-2-cavendisch-pozycja-jezdzca-xvii-xviii-wiek

Trudno powiedzieć czy praca Cavendisch-a wydana przed rokiem 1660 w niewielkim nakładzie po francusku a później w tłumaczeniu na angielski (1743) dotarła do XVII rzeczpospolitej, dzięki reprintowi możemy zapoznać się z jego radami na temat dosiadu . W rozdziale „ Niezbędne działania dobrego jeźdźca w celu uzyskania prawdziwego dosiadu” Cavendish pisze . …gdy już dosiadł konia, bo za pewnik przyjmuję, że każdy jeden wie, jak dosiąść konia, powinien siedzieć prosto na kroczu, ( Cavendish nie był zbyt mocny w anatomii zatem patrząc na profil siodła z jego książki, które wygląda jak niektóre współczesne siodła portugalskie czy hiszpańskie widać, że jeździec siedział na nim na kościach siedzeniowych a nie na kościach kulszowych) nie na pośladkach, jak większość ludzi myśli, że zostały wykonane przez naturę, by usiąść na nich, jednak nie na koniu!. Kiedy siadł w środku siodła, wtedy powinien awansować (kierować się) jak potrafi, w kierunku przedniej kuli, trzymając ręce na szerokości pleców i łęku siodła, trzymając nogi prosto, tak jak gdy stoi na ziemi, a kolana i uda skierować do wewnątrz w kierunku siodła, trzymując je blisko, jakby przyklejone do siodła … powinien oprzeć stopy na strzemionach, z piętami niewiele niżej niż palce, tak, że końce jego palców mogą wyjść o pół cala poza strzemiona, lub nieco więcej.

Wypędzony w 1644 z Anglii, po utracie majątku skonfiskowanego przez Kromwelystów, wynajął od wdowy po Rubensie dom w Antwerpii i zajął się pisaniem pamiętników oraz nauczaniem jazdy konnej. Mawiał, że dobre konie są tak rzadkie, że nie mogą być wyceniane w pieniądzach, i że ten, kto kupi dobrego konia z przyjemnością dużo za niego zapłaci. Był bardzo stanowczy w wygłaszanych opiniach …Ani dobre siodło ani dobre strzemiona (właściwej długości) nie tworzą właściwej sylwetki konia ani tym bardziej dobre ostrogi przyczepione do obcasów ignoranta. Także dobre wędzidło samo nie ustawi właściwej sylwetki konia. Bo gdyby to ono czyniło konia uległym wystarczyło by umieścić kawałek żelaza w jego pysku i każdy jeździec byłby najlepszym jeźdźcem na świecie.

Kolejnym autorem mającym wielki wpływ na europejskie jeździectwo XVII-XVIII wieku był François Robichon de la Guérinière ( 1688- 1751 ) który w 1733 opublikował „Ecole de Cavalerie, contenent la connoissance, l’instruction et la conservation du cheval – Szkoła jazdy, zawierająca wiedzę, edukację i zachowanie konia” która do dzisiaj jest jedną z ważniejszych prac dotyczących ujeżdżenie koni. Wiele z zaleceń de la Gueriniere jest stosowanych nadal, we współczesnej, hiszpańskiej szkole jazdy. Uważa się, że to On „odkrył” lotną zmianę nogi i jazdę w kontr-galopie.

barok1-268x300

François Robichon de la Guérinière ( 1688- 1751 )

Były to niewątpliwie książki drogie zatem niedostępne dla ogółu jednak stosowanie zasad zawartych w pracy Cavendish-a czy de la Guérinière na terenie 1-ej Rzeczpospolitej potwierdza ikonografia a autor NN w Gospodarstwie jeździeckim z 1690 zalecając szkolenie koni wg włoskiej szkoły jazdy nie odstaje od trendów Europejskich. Sam choćby fakt importu hiszpańskich koni, u nas nazywanych dzianetami, świadczy o stosowaniu zachodnich zasad jazdy konnej.

Niewiele późniejszy od ww. autorów Regulamin Exercunku dla regimentów kawalerii wydany w Warszawie roku 1775 daje przepis na ustalenie długości puślisk : … sposób dobry w regulowaniu strzemion jest, kazać żołnierzowi bez strzemion prosto siedzieć na koniu i strzemiona na ten czas tak podpiąć, żeby koniec ich (stopka strzemienia) dosięgał do tego miejsca, gdzie absatz (obcas) u bota się zaczyna.

nr-4-stopka-na-wys-obc-male

Styl jazdy z długimi strzemionami stosowany był z powodzeniem na terenie całej Europy przez cały wiek XIX a na jej zachodzie także w XX wieku. W roku 1937 w angielskim regulaminie kawalerii w rozdziale zatytułowanym „Dosiad” stoi napisane : Trzeba od początku wyjaśnić rekrutowi że jeździectwo jest kombinacją „balansu” i „chwytu”, powinien być poinstruowany do rozluźnienia wszystkich mięśni nóg, do siedzenia w najniższym punkcie siodła, jednocześnie do równomiernego siedzenia na swoim siedzeniu. Noga od kolana ku dołowi powinna wisieć i być odchylona od pionu nieco do tyłu. Wewnętrzna część uda automatycznie będzie w kontakcie z tybinką ; kontakt ma być wywołany chwytem uda, dopuszczalne jest realizowanie tego celu tylko wewnętrzną częścią łydki. Jeśli pozwoli się używać tyłu łydki, od razu doprowadzi to do odsunięcia kolana od siodła i w efekcie do osłabienia chwytu zamiast jego zaakcentowania.

w-strzemieniu

Co ciekawe, powyższy cytat pochodzi z okresu w którym intensywnie rozwijał się sport jeździecki, co z różnych powodów prowadziło do odchodzenia od dosiadu stosowanego powszechnie prawie przez 1000 lat. Równie ciekawe jest także to, że współcześnie w jeździe użytkowej, styl jazdy z długimi strzemionami jest nadal stosowany w Australii, Hiszpanii, obu amerykach oraz w europie np. przez angielskie, francuskie, hiszpańskie a także (od kilku lat) przez polskie grupy rekonstrukcyjne.

Karol Tomczyk

Munsztuk …

Munsztuk historyczny.
Munsztuk to nazwa pochodząca z języków germańskich, oznacza rodzaj kiełzna stosowanego do lepszego panowania nad koniem, znany był już w czasach rzymskich i we wczesnym średniowieczu jednak dopiero w wieku XIV znalazł się w powszechnym użyciu.

SONY DSC
Arkan w ogrodzie Saskim.

Dorohostajski Krzysztof Mikołaj, marszałek wielki litewski, żołnierz, poeta, pisarz hipologiczny i ekonomiczny w księdze „Hippica to jest o koniach Xsięgi” ( Kraków 1603) o munsztuku pisze tak: Munsztuk jest własny hamulec, warownie (dobrze wykonany) a ostrożnie (bezpieczny dla wierzchowca) z żelaza urobiony, gębie konia według przynależności stanowiony a konia ku wszelkiej potrzebie w obracaniu, w bieganiu, a w zastanowieniu powolnym czyniony. A ten z 3 części złożony bywa, z czanek, z wędzidła a z podbródka albo pospolitego nazywając nazwiska, z łańcuszka, które iż każde w swoim różność mają , przeto też o każdym z nich ogółem jako najkrócej rozbierać przyjdzie, poczynając od czanek, których różność nie tylko potrzebna ale i nie mała zwierzchnia sobą pociąga potrzeba i ozdoba. O czankach ogółem: Trojakie czanki, trojaką w sobie władzę mają. To proste prawie albo w przód pochylone, to zakrzywione nieco nazad, to też i bardzo krzywe. Pierwsze głowę konika wszakże ku górze podnoszą, wtóre one wg potrzeby miarkują, trzecie pod się łamią… Przekładając ze staropolskiego na polski współczesny tajemnicą działania munsztuka są czanki, ich waga i długość oraz położenie w stosunku do ścięgierza. Historyczny munsztuk działa jak dźwignia dwustronna, zawieszony na pasku potylicznym, podpięty od dołu luźnym łańcuszkiem miał pewien obszar działania samoczynnego.
O odchyleniu od pionu czyli o pozycji munsztuka w końskim pysku decyduje stosunek wagi łańcuszka i górnych zaczepów do wagi czanek. Długie, ciężkie czanki kontra krótkie zaczepy mocujące i lekki łańcuszek ustawią munsztuk a wraz z nim głowę konia pionowo (rys.A) , lekkie czanki kontra ciężki łańcuszek przechylą go górnymi zaczepami do tyłu ( czanki pójdą do przodu) dzięki temu koń podniesie nos do góry (rys.B).

rys-1-czanki-proste-i-zrownowazone

Dobierając munsztuk wg podanych wyżej zasad do charakteru konia we wszystkich chodach póki nie było to niezbędne jeździec mógł jeździć z wiszącymi, luźnymi wodzami trzymanymi z reguły w lewej ręce. By koń zaczął skręcać wystarczyło lekko skręcić dłoń w prawo lub w lewo dzięki czemu ścięgierz nieznacznie zmieniał położenie co wystarczało, by koń skręcał we wskazanym przez jeźdźca kierunku. Oczywiście konie były szkolone do właściwego reagowania na taki sygnał, w początkowym okresie szkolenia młodych koni kiełznano je munsztukiem i wędzidłem ( nazywanym wtedy tranzlą) ale nie używano munsztuka , powodowano jedynie wędzidłem po czym gdy koń reagował prawidłowo jeżdżono tylko na munsztuku.
W „Hippice…” Dorochostajskiego widzimy całą gamę kunsztownych munsztuków wyglądających na pierwszy rzut oka jak narzędzia tortur jednak opisy do nich załączone wyjaśniają, że dzięki nim uzyskiwano większą powolności czyli uległości wierzchowca.
I tak na przykład munsztuk nr 86 opatrzony jest opisem : prosty, sowito kasztanowaty ze
czterema kołkami z igrzyskiem sowitym otwiera grubą i bardzo mięsistą wargę, dziąsła karze, języka przekładać nie dopuszcza należy koniowi twardoustemu, głębokiej gęby a języka subtelnego inne zachwalają takie przymioty: zadziera głowę, lekkie dzierżenie czyni, należy koniowi płytkiej małej gęby i języka subtelnego, daje wolość językowi, załamuje kark, przynależy koniowi głębokiej i bardzo twardoustej gęby, gębę otwiera !!! .

zdj-2-wywazenie

Sprawdzanie wyważenia munsztuka.

0000017489-000083

Wg Pieniążka czanki od których prawie wszystko zależy (przy powodowaniu koniem) powinny mieć długość równą odległości od końca kciuka do końca palca środkowego rozpostartej dłoni (mają być wzdłuż na piądź dobrą człowieka średniego) tj. około 20 cm. Powyżej ścięgierza zawiesia do paska potylicznego ( nagłówka) o długości 3 palców gdyż przy krótszych koń mógłby czankami dotkać do piersi. Scięgierz prosty z igrzyskiem po środku, po bokach płaski, żeby dziąseł nie ranił. Dla koni które mają gruby język lub nie przyjmują prostego należało zrobić ścięgierz zagięty w środku w kształt podkowy z doczepionym igrzyskiem. Łańcuszek z grubymi ogniwkami zapięty płasko, tak by za ujęciem wodzy u brody prawie w rowku leżeć mógł a pomiędzy brodę konia a łańcuszek wszedł jeden palec. Munsztuk tak w dobrej jako i w złej gębie powinien być zawieszony na pasku potylicznym tak, by znajdował się jak najbliżej kłów (1” od nich), jednak w takiej odległości coby w bieganiu koniowi nie zapadł za kieł. Nie mógł być za wąski bo uciskał na kąciki warg ani za szeroki bo mógł się przesuwać z boku na bok przez co działał niesymetrycznie i mógł doprowadzić do poranienia dziąseł. Ścięgierz wykonany z cienkiego pręta działał ostrzej od wykonanego z pręta grubego, prosty przenosił naciski na język ale koń mógł przesunąć język czym zniekształcał sygnał idący od wodzy. Ścięgierz z łukiem po środku uniemożliwiał koniowi przesunięcie języka na bok ale zbliżał się do żuchwy przez co działał ostrzej od prostego.

rys-2-sciegierz-prosty-i-lukowy
Pomiędzy radami jak dobrać munsztuk do konia zalecano, by munsztuk którego koń nie gryzie albo się nim nie bawi zmienić na taki który gryząc wargami zapieni.
Dobór munsztuka jak pisał Pieniążek był dla ówczesnych kawalkatorów sztuką najprzedniejszą i sacrum , a kto nie wierzy snadnie tego zawsze doświadczyć może.
Przy tym należy pamiętać że swobodny munsztuk był jedynie uzupełnieniem dosiadu , elastycznej ręki i odpowiedniej sylwetki jeźdźca o czym pisałem w „Czasie długich strzemion”.

O anglezowaniu

O anglezowaniu słów kilka.
Anglezowanie „wymyślone” w XIX wieku przez angielskich listonoszy, bez względu na to, czy jedynie po to by poprawić warunki ich pracy, czy po to by ulżyć koniowi, prawidłowo wykonywane spełnia oba cele, nieprawidłowo wykonywane pomaga człowiekowi ze szkodą dla ruchu wierzchowca.

By określić jak wygląda prawidłowe i nie prawidłowe anglezowanie należy sięgnąć po książkę Janes-a Fillis-a napisaną pod koniec XIX wieku, w Polsce wydaną w 1930 roku „Zasady ujeżdżenia i jazdy konnej” gdzie o anglezowaniu J. Fillis pisze : … jeździec nie powinien starać się unosić – tylko pozwolić się unosić. Kostki i kolana jeźdźca powinny brać udział ,podtrzymując jego ruch i ułatwiać opuszczenie się jego w siodło, miękko i w takt, wskazany przez chód konia. Kłus ten powinien być zawsze „z pod siebie” , prosto- z dołu do góry, tzn. że trzeba się dać się unosić przez konia przy udziale kolan i kostek , a bez udziału górnej części ciała. W przeciwnym razie lędźwie i ramiona jeźdźca będą naprężone, przez co stanie się sztywny i nie tak bardzo związany z koniem. Tułów więc powinien unosić się i opadać zgodnie z ruchem konia. Nic nie ma brzydszego nad widok, gdy jeździec zamiast pomagać sobie wyłącznie nogami, napina lędźwie, bo wówczas brzuch jego to wysuwa się ku przodowi przy unoszeniu, to cofa – przy opuszczaniu w siodło.
Podobnie brzmi odpowiedź na pytanie nr. 267 na brązową odznakę PZJ … jeździec nie wysiaduje każdego kroku konia, lecz znajdując oparcie na kolanach i strzemionach , unosi się na jeden krok w siodle, by w następnym znów miękko w nie powrócić .
Wydaje się, że pomiędzy słowami … Nie powinien starać się unosić – tylko pozwolić się unosić… a …unosi się na jeden krok…nie ma wielkiej różnicy jednak w nich zamknięta jest tajemnica dlaczego współcześnie większość jeźdźców anglezuje nieprawidłowo.
W czasach J. Fillisa w zachodnim stylu jazdy jeżdżono z długimi strzemionami z rozluźnionymi mięśniami nóg dzięki czemu przy anglezowaniu ruch w górę nadawała jeźdźcowi podnosząca się kłoda konia. (Wg angielskich zasad szkolenia noga jeźdźca od kolana ku dołowi powinna wisieć i być odchylona od pionu nieco do tyłu, kontakt ma być wywołany chwytem uda, dopuszczalne jest realizowanie tego celu tylko wewnętrzną częścią łydki. Jeśli pozwoli się użyć tyłu łydki, doprowadzi to od razu do odsunięcia kolana od siodła co doprowadzi do osłabienia chwytu udem zamiast jego zaakcentowania ( Manual of Horsemastership, Equitation and Animal Transport – Londyn 1937)
Współcześnie, nawet jeśli wiadomo, że łydka ma tylko przylegać do boku konia to z reguły jest do niego wręcz przygwożdżona lub rytmicznie o niego uderza (jak przy „strzelaniu obcasami”). Jeździec podrywa się tym wyżej im ma krótsze strzemiona, a rytmiczne napinania mięśni prowadzi do usztywnienia całej jego sylwetki. Przy prędkości poruszania się w kłusie, od 200 do 250 m/min, przemieszczająca się w pionie i poziomie (…brzuch jego to wysuwa się ku przodowi przy unoszeniu, to cofa – przy opuszczaniu w siodło…) masa jeźdźca wywołuje spore siły na które koń musi zareagować usztywnieniem kroku, przypomina to sytuację człowieka niosącego np.30 kg plecak, który nagle zaczyna rytmicznie podskakiwać. Przyłożona sztywno lub kłapiąca łydka pobudza konia do przyspieszenia na co jeździec odpowiada ciągnięciem za wodze, walcząc ze sobą osiągają pewien stan równowagi, który jednak nie ma nic wspólnego z harmonią ruchu do jakiej powinien dążyć jeździec, który po jeździe narzeka, że koń na twardy chód.
Przy jeździe z rozluźnionymi mięśniami nóg i swobodnej łydce do usztywnienia jeźdźca nie dojdzie, gdyż dzięki luźnej kostce opuści piętę w dół i pozostanie na ułamek sekundy w siodle. Amplituda ruchu dół – góra równa jest w takiej sytuacji dystansowi jaki pięta pokona od maksymalnego wychylenia w dół do poziomu. Tułów jeźdźca będzie poruszał się jedynie w kierunku góra dół razem z kłodą konia.

gen-j-pershing

Przykład klasycznego dosiadu, portret konny Gen. John Pershing
obraz Wojciecha Kossaka 1921 ( reprodukcja ze zbiorów autora)

Jest kilka przyczyn prowadzących do anglezowania w górę. Jedną z podstawowych jest jazda z za krótkimi strzemionami w siodle o nieprawidłowym profilu wzdłużnym i poprzecznym, kolejną, zbyt szybkie pozwolenie na anglezowanie w czasie szkolenia wstępnego. Łącznie pozwalają one „przyspieszyć” szkolenie, początkujący dość szybko zaczynają poruszać się z większymi prędkościami co daje im oczekiwaną satysfakcję jednak ze szkodą dla ich wyszkolenia. Postulat wyeliminowania anglezowania ze szkolenia podstawowego i jazdy w ogóle może wydać się zbyt radykalny ale racjonalnie patrząc jeśli mechaniczne anglezowanie przez podrywanie do góry prowadzi do usztywnienia ruchu jeźdźca i konia to zdecydowanie lepiej nie anglezować. Jazda kłusem ćwiczebnym (na przełomie XIX i XX wieku nazywanym francuskim !) nie prowadzi do usztywnienia ruchu jeźdźca i konia. Wymaga od człowieka więcej pracy, na początku z powodu zmęczenia ma on mniej satysfakcji z pokonywania przestrzeni, jednak na długą metę jest dla niego i dla konia bardzo korzystna a przy okazji poprawia muskulaturę brzucha jeźdźca.

dosiad-manual-1937

Przykład klasycznego dosiadu, sylwetka jeźdźca
wg Manual of Horsemastership, Equitation and
Animal Transport – Londyn 1937( rysunek ze zbiorów autora)

rtm-adam-krolikiewicz-na-picadorze

Dosiad parkurowy ppłk Karol Rómmel na Revcliffie
( zdjęcie ze zbiorów autora)
Dobre opanowanie jazdy kłusem wysiadywanym jest warunkiem niezbędnym do opanowania techniki właściwego anglezowania ale do tego nie nadają się siodła skokowe o stromym profilu siedziska (od najniższego punktu do tylnego łęku) gdyż pomimo wydłużenia strzemion nie pozwalają jeźdźcowi prosto siąść w siodle. W takim siodle miednica jeźdźca pochylona jest do przodu co ułatwia mu „złożenie” się do skoku ale utrudnia wysiadywanie kłusa. W płaskim siodle kołyszący ruch zadu konia jest łatwy do wyczucia i tożsamy z ruchem idącego człowieka, który stawiając np. prawą stopę czuje jak prawa strona jego miednicy opuszcza się minimalnie w dół. Siedząc w siodle wystarczy by w momencie gdy koń stawia np. tylną prawą nogę jeździec „postawił” razem z nim swoją prawą ( wpadł w „dołek” który pojawia się pod jego prawym krętarzem mniejszym- kością siedzeniową ) po czym lewą itd.. W kłusie częstotliwość tego ruchu jest większa a wychylenie boczne miednicy mniejsze. Zatem by zsynchronizować swoje ruchy z ruchem konia należy zacząć od kilku kroków (od 3 do 5) kłusa wysiadywanego po czym wrócić do stępa. Tylko wielokrotne powtórzana nudna sekwencja „startu” do wysiadywanego kłusa i powrotu do stępa po kilku krokach doprowadzi do opanowania tej czynności. Ważne by na początku nie przekraczać liczby 5 kroków gdyż w kłusie sztywny jeździec łatwo wypada z rytmu, dodatkowo częste przejścia do stępa poprawiają zachowanie jeźdźca także w tej fazie ruchu. Z biegiem czasu należy wydłużyć odcinki przejeżdżane kłusem ćwiczebnym.
Dopiero po opanowaniu jazdy kłusem wysiadywanym można zacząć anglezować, pamiętając, że bez długich strzemion (przy zwieszonej swobodnie nodze podstopie strzemienia powinno znajdować się w linii podeszwy buta pod piętą.), elastycznej uginającej się przy opadaniu w dół kostki i elastycznej całej sylwetki jeźdźca nie da się tego zrobić prawidłowo.

Dlaczego brzydkie, nieprawidłowe anglezowanie jest u nas tolerowane? Być może dlatego, że
powszechnie przyjęto, iż jeździectwo jest sportem wyczynowym i w związku z tym wszystkich adeptów szkoli się wg zasad sportu wyczynowego opracowanych w XX wieku, gdy tymczasem dla większości jeźdźców jest to sport ekstremalny ( nie chcą skakać ani ujeżdżać koni, chcą po prostu na nich jeździć ) i to dla nich przestarzałe (sprzed epoki sportu wyczynowego) ale sprawdzone przez setki lat metody będą właściwsze.
Dodatkowo szkolenie wszystkich jeźdźców wg zasad sportu wyczynowego prowadzi do zniechęcenia olbrzymich rzesz entuzjastów odpadających na samym początku oraz do powielania błędów w wyszkoleniu „twardzieli” którzy je przetrwali.

17-03-2013 Stare Babice

Moda i chwała kawalerii

Dynamicznemu rozwojowi jeździectwa po 1990 roku od początku towarzyszyło przekonanie, że dosiad ze skróconymi strzemionami jest poza uprawiającymi ujeżdżenie właściwy dla wszystkich jeźdźców, przy czym powoływano się na wzory wyniesione z drugiej kongresówki oraz na przedwojenną polską szkołę jazdy.

W latach 1945-1990 jeździectwo było sportem niszowy, stąd kadra szkoleniowa wywodząca się z PRL-u, w czasach którego, w jeździectwie wyczynowym odnoszono spektakularne sukcesy nie znała innych wzorów jak wyczynowe. Na przełomie XX i XXI gdy zaczął rozwijać się ruch rekonstrukcyjny, bazujący na tradycji polskiej kawalerii od średniowiecza do okresu międzywojennego, okazało się, że wzorce wyczynowe nie pasują do każdej epoki. Początkowo najliczniejsza kawaleria ( zielona) przedwrześniowa jeździła w dosiadzie sportowym uzasadniając go wzorami czerpanymi z polskiej szkoły jazdy. Burzliwą dyskusję zielonych z historycznymi na temat jak to wyglądało naprawdę przerwało pojawienie się w Internecie filmów i zdjęć z okresu międzywojennego dzięki którym okazało się, że inaczej jeżdżono w polu a inaczej na parkurach. Zanim to odkryto, długo panowało przekonanie, że w sportowym dosiadzie jeździła cała przedwojenna kawaleria, co zostało ugruntowane między innymi przez publikacje z okresu II-ej kongresówki za czasów której przedwojennej kawalerii nie lubiano, jednak sport nawet sanacyjny uważano za użyteczny propagandowo, dlatego publikowano zdjęcia oficerów pozujących w dosiadzie parkurowym. Tak oto przedwojenna moda na sportowy wygląd stała się ikoną i przesłoniła prawdę historyczną.

Zanim powstała polska szkoła jazdy, w centrum wyszkolenia w Grudziądzu dowodzili oficerowie wywodzący się z CK armii Austriackiej – generał Stefan Castenadolo Kasprzycki (1870 -1936) i szef wyszkolenia Chorwat płk Franciszek Adamovich de Czepin ( 1873-1932) forsujący styl jazdy wg zasad Reitleiter Instytut z Wiednia, bliski współczesnej hiszpańskiej szkole jazdy, którzy wręcz uważali, że przyszłym oficerom kawalerii nie potrzebne jest wyszkolenie skokowe. Wraz z mianowaniem na stanowiska komendantów oficerów wywodzących się z armii rosyjskiej wyszkolenie skokowe przestano uważać za zbędne. Niewątpliwie wpływ na tę zmianę miały sukcesy sportowe Karola Rómmla, Leona Kona, Sergiusza Zahorskiego i innych oficerów wywodzących się przeważnie z armii rosyjskiej oraz praca byłego carskiego oficera Dymitra Exe, który po roku 1920 osiadł w Polsce i początkowo szkolił oficerów 1go pułku ułanów Krechowiekich a później wspólnie z Leonem Konem, Karolem Rómmlem także polskich olimpijczyków.
Wszyscy ww. wymienieni byli pośrednio ( przez swoich kolegów z rosyjskiej kawalerii tj. Dymitra Exe, Aleksandra i Pawła Rodzianko, M. Pieszkowa, Pawła Tanajewa, W. Andrzejewa znających już włoską szkołę jazdy) lub bezpośrednio uczniami Jamesa Fillisa( 1834-1913).

dosiad-wg-j-filisa

Sylwetka jeźdźca w dosiadzie klasycznym
wg Jamesa Fillisa. Jeździec prezentuje jeden z stosowanych
wówczas sposobów trzymania wodzy, w lewej ręce
munsztukowe, w prawej wędzidłowe.
Anglika, który zanim opracował własny system szkolenia koni, który opisał w książce „Zasady ujeżdżenia i jady konnej” wydanej w Polsce w 1930 przez Wojskowy Instytut Naukowo Wydawniczy, współcześnie dostępnej także jako reprint wydawnictwa Antyk Marcina Dybowskiego, pracował przy przeprowadzania koni z Anglii do wszystkich krajów europy, na wyścigach, w cyrku, a od 1898 do 1910 w Rosji jako instruktor w oficerskiej szkole jazdy.

rtm-adam-krolikiewicz-na-picadorze

Rtm Adam Królikiewicz na Pikadorze – dosiad
parkurowy – FOTELOWY bo udo prawie poziomo , krótkie strzemiona ale siedzi prosto, jak w hiszpańskim stylu jazdy z XIV
– XV wieku na siodle typu ginta ,siodło wyraźnie
cofnięte nie na łopatkach, jeździec siedzi w połowie kłody konia.

Indywidualne umiejętności nabyte przed pierwszą wojną światową od Jamesa Fillisa i Rosjan z nim związanych w niczym nie umniejszają wkładu polskich jeźdźców w utworzenie systemu szkoleniowego nazywanego polską szkołą jazdy. Należy pamiętać, że to co dzisiaj jest powszechnie znane, wtedy dopiero odkrywano i zaczynano stosować. Na zawodach, w zależności od ich rangi, do 1939 skakano przeszkody o wysokości 100-140 cm i szerokości od 3 do 5 m z wyznaczonym tempem poruszania się konia, zaś 150-160 cm zaliczano do potęgi skoku, bito także rekordy wysokości, np. 205 cm Bronisław Peretiakowicz na Kingu 1-06-1914 na Agrykoli w Warszawie i długości skoku 694 cm Karol Rómmel na Monna Vanna – 1913 w Petersburgu. Rozgrywano także konkursy w tzw. systemie Turyńskim tj. skakano niezbyt wysoką przeszkodę ale ze słupkami ograniczającymi jej szerokość, w kolejnych przejazdach przybliżając je do siebie z 2,5 do 1 m. Patrząc z perspektywy kilkudziesięciu lat można powiedzieć( tak twierdzi np. Bronisław Skulicz autor książki „Ujeżdżenie i skoki” wydanej przez Wydawnictwo Naukowe PWN w Warszawie 1992), że w polskiej szkole jazdy nie było niczego szczególnego gdyż do podobnych rezultatów w podobnym czasie doszli szkoleniowcy na całym świecie. Nie jest to jednak prawda gdyż tylko dzięki połączeniu dobrego opanowanie ujeżdżenia z włoskim systemem jazdy, opracowanym przez Federico Caprillego było możliwe stworzenie efektywnego systemu szkoleniowego.
Przy czym w przeciwieństwie do szkoły włoskiej, w której zaniedbano nauki klasycznego ujeżdżenia, na skutek czego włosi umieli tylko skakać i w związku z tym nie próbowali startować w WKKW i ujeżdżeniu, w polskiej szkole, zwracano dużą uwagę na wyszkolenie ujeżdżeniowe i wszechstronność koni. Do tego ówczesne ujeżdżenie wg. systemu Jamesa Fillisa, nawet jeśli uprawiane nie w pełnym zakresie tzn. bez galopowania do tyłu i innych „cyrkowych” sztuczek, różniło się od współczesnego. Tych różnic nie można tłumaczyć na korzyść współczesnego ujeżdżenia unowocześnieniem stylu jazdy, gdyż biomechaniki ruchu konia i człowieka na nim jadącego nie można unowocześnić. Od setek lat, masa x prędkość wytwarza siłę która na jeźdźca działa jednakowo bez względu na to, czy ma na głowie toczek, cylinder czy kowbojski kapelusz. U nas od lat zamiast uczyć jeźdźców jak mają reagować gdy te siły na nich oddziaływają stosuje się „patenty” w postaci ciasnych siodeł z poduszkami z każdej możliwej strony, czarne wodze, czambony, wypinacze, wędzidła przypięte nachrapnikami do żuchwy konia, toleruje sztywną sylwetkę, anglezowanie przez podrywania, poruszanie dłońmi jak przy praniu (jak szop pracz ) co wywołuje u konia nawyk poruszania głową z boku na bok, kiwanie głową jeźdźca ( jak dzięcioł) w takt kroków konia , kłapanie łydkami, zawisanie na wodzach, i sporo innych „unowocześnień” nie znanych w czasach istnienia polskiej szkoły jazdy.

Czy po latach mniej lub bardziej udanych eksperymentów z udoskonaleniem dosiadu uda się u nas wrócić do klasycznego ( prawdziwego klasycznego, przed XX wiecznego) zachodniego stylu jazdy, zapoczątkowanego w czasach Ksenofonta, rozwijanego i udoskonalanego przez Don Duarte, Francisa Robichon de la Gueriniere, Williama Cavendish-a, Jamesa Fillis-a?. Do stylu, który da przyjemność z jazdy konnej „amatorom” i będzie podstawą do dalszego szkolenia wyczynowego?.
Karol Tomczyk

Mniej wodzami, więcej sobą!.

Podstawowa zasada jaką powinien zaakceptować każdy jeździec, zarówno początkujący jak i zaawansowany, brzmi – jeśli coś w czasie jazdy nie wychodzi, to wina leży zawsze po stronie człowieka, gdyż to on nie potrafi przekazać koniowi właściwej komendy.  Pamiętać o tym należy zawsze, przed każdym nawet najprostszym działaniem jakie towarzyszy jeździe konnej. Problem tkwi w tym, że wielu jeźdźców przeszkadza samym sobie, gdyż wydają  w czasie jazdy więcej komend niż są tego świadomi, a winą za błędy obciążają wierzchowce. Niezauważalna sprzeczność w ruchach jeźdźca, które koń przyjmuje jako rozkazy do wykonania ma źródło w podświadomym kompensowaniu wychyleń i obrotów ciała. Ten istotny dla jeźdźca mechanizm najłatwiej opisać na przykładzie zmiany kierunku jazdy. Dość często zdarza się, że podczas jazdy po łuku koń zaczyna wypadać zadem na zewnątrz lub wpadać przodem do wnętrza łuku, jeździec próbuje zapobiec temu przesuwając zewnętrzną łydkę za popręg (jeśli koń wypada zadem) lub wysuwając wewnętrzna przed popręg ( jeśli koń wpada do wnętrza łuku) a zaciąganie wodzy prowadzi do jeszcze silniejszego trawersowania. Przyczyną tego zjawiska jest kontrowanie miednicą skrętu ramion(*), czego każdy człowiek uczy się stawiając pierwsze kroki a umiejąc utrzymać postawę pionową w ogóle na ten mechanizm działania własnego ciała nie zwraca uwagi. Z chwilą, gdy znajdzie się na grzbiecie konia, jeśli nawet nieznacznie skręci pas barkowy np. w lewo, to jednocześnie będzie kontrował ten obrót dolną częścią tułowia ( miednicą), a to, w czasie jazdy oznacza dwa sprzeczne, nakładające się na siebie polecenia.

Trzecią komendę, którą większość jeźdźców uważa za podstawową, koń otrzymuje za pośrednictwem wodzy, ale zanim jeździec przełoży wodze w geście rowerzysty, najpierw powinien pomyśleć, że chce pojechać np. w lewo i podążyć za myślą całym swoim prawym bokiem (rys. A i B)  wokół chwilowego punktu obrotu na siodle, który dotyka lewym krętarzem mniejszym.

skret-a

Rys. A : Jeździec w dosiadzie historycznym, zaczyna skręcanie od obrotu tułowia wokół wewnętrznego krętarza mniejszego z jednoczesnym napieraniem na bok konia zewnętrznym kolanem i udem w takt kroków.

skret-b

Rys. B: Jeździec w dosiadzie historycznym, w czasie jazdy po łuku, pas barkowy i linia bioder w jednej płaszczyźnie  pokrywającej się z promieniem koła po którym się porusza, napieraniem kolanem i udem w takt kroków na bok konia wzmacnia sygnał od tułowia.

Ważne jest by wykonywać tę czynność całym zewnętrznym bokiem bez skręcania górnej części tułowia, lina barków musi pokrywać się z linią łączącą krętarze mniejsze .

skret-c

Rys. C :. Jeździec w dosiadzie historycznym. Sygnał do zmniejszenia promienia koła po którym się porusza – prawe ramię lekko z przodu, linia bioder prostopadle do konia, kolano i udo w takt kroków napierają  na bok konia.

skret-d

 Rys. D : Jeździec w dosiadzie wyczynowym, skręca  tylko wodzami, sam nadal jedzie  na wprost, koń pomimo skręcenia szyi wypada na zewnątrz.

W czasie  jazdy po łuku trzeba pamiętać, że po wejściu w zakręt, siedząc w pozycji wyprostowanej należy cały czas kontrolować promień  łuku po w którym chcemy jechać. Skręcenie góry tułowia, tak że wewnętrzne ramię znajduje się z tyłu a zewnętrzne z przodu wzmocnione naciskiem zewnętrznego uda na zewnętrzną łopatkę konia, jak na rys . C spowoduje zmniejszenie promienia skręcania. Można oczywiście próbować jechać po łuku w lewo z prawym ramieniem zostawionym za sobą   jak na rys. E, ale w takim przypadku nawet przy maksymalnie w lewo wykręconej końskiej głowie pojedziemy trawersem tam, gdzie koniowi wyjdzie średnia pomiędzy sygnałem od wodzy( sygnał skręcaj w lewo) , naszym zostawionym z tyłu ramieniem ( sygnał skręcaj w prawo!)  a ustawieniem miednicy (sygnał – skręcaj w lewo).

skret-e

Rys. E : Jeździec w dosiadzie wyczynowym, zewnętrzne ramię  z tyłu, linia bioder skierowana do wewnątrz, wodze mocno skierowane w lewo, koń wypada z łuku i idzie trawersem po wypadkowej pomiędzy kierunkiem wskazywanym przez linię barków a linią bioder .

skret-g

Podobny przypadek, przedstawia rys. G na którym widać, że jeździec chce jechać w lewo, w tym celu skręcił pas barkowy w lewo ale dół czyli miednicę ma nadal ustawioną w prawo (bezwiedna reakcja dolnej części ciała na skręcenie jego górnej części). W takiej sytuacji koń reaguje na sygnał od dosiadu czyli pomimo zaciągnięcia wodzy w lewo pójdzie trawersem w prawo (wypadnie z łuku) zamiast tylko skręcić w lewo. Szkice E i G są celowo przerysowane w celu dokładnego ukazania nieprawidłowej pozycji jeźdźca. W praktyce wystarczy słabsze odchylenie linii barków w stosunku do linii miednicy (krętarzy mniejszych) by koń szedł wg zasady naturalnej hierarchii komend tzn. dosiad ważniejszy od ręki i ramienia .  Pokonanie siły odśrodkowej oraz bezwładności ciała a także oporu własnych  przyzwyczajeń w czasie jazdy po łuku, na początku wcale nie jest takie łatwe.  Trzeba ćwiczyć zautomatyzowanie tej czynności w czym nie pomaga zmysł równowagi piechura proporcjonalnego skręcającego tułów w czasie pokonywania łuku – rys. F.

skret-f

Rys.F : Pieszy na łuku linia barków i linia bioder pokrywa się z promieniem koła po którym maszeruje.

Piechur idąc, podświadomie, proporcjonalnie do promienia łuku który pokonuje, gdy jego zewnętrzne ramie musi pokonać większy dystans niż wewnętrzne, ustawia kąt położenie tułowia w stosunku do osi koła po którym się porusza, dodatkowo odpowiednio do niego ustawia stopy. Idąc po łuku, nie wysuwa stopy po prostej przed siebie, następnie nie przesuwa jej w bok i na końcu skręca przed postawieniem na ziemi, tylko od razu kieruje po łuku w miejsce na którym chce się podeprzeć. Ten sam mechanizm może wykorzystać jeździec, jeśli jest świadomy, że akcji ramion towarzyszy reakcja miednicy. W praktyce nie musi się skręcać aż tak bardzo, jak to jest przedstawione na rysunkach B i C.  Nasz układ sterowania ruchem jest tak „zaprogramowany”, że myśli, czyli zamiarowi działania towarzyszy napięcie określonych partii mięśni, a to stanowi sygnał na który po kilku próbach koń będzie reagował prawidłowo.  Łącząc konieczność komunikacji z koniem przy pomocy krótkotrwałych, jednoznacznych komend z konsekwentnym panowaniem nad elementami własnego ciała oraz świadomością jakie są skutki ich wzajemnego oddziaływania oraz jak odbiera je wierzchowiec, jeździec otrzymuje narzędzie pozwalające mu poruszać się z koniem w jednym rytmie.

Panowanie nad własnym ciałem pozwala zmniejszyć presję wodzy, co koń, może nie od razu, potraktuje jako objaw zaufania ze strony jeźdźca i odda z nawiązką.

*- skręceniu ramion w pozycji siedzącej np. w lewo towarzyszy bezwiedna „kontra” miednicą w prawo ( ramiona w prawo- miednica w lewo).