Siodło, strzemiona, co to jest pułapka na jeźdźca i jeszcze potnik i derka.

Dobre siodło – to takie, które pasuje jednocześnie dolną powierzchnią do konia a górną do jeźdźca, nie krępuje ruchów, nie łapie w pułapkę ciasnej protezy czyli nie blokuje jadącego w osi wzdłużnej jak imadło i nie może być ciasne także wszerz.

Rzymskie siodło z „rogami”

Zanim napiszę o siodłach kilka słów o strzemionach, bez których radzono sobie przez wieki zaś w starożytnym Rzymie dodając na łękach guzy lub wręcz rogi o które jeździec opierał się udami.
Jednak przede wszystkim jeżdżąc na równowagę z mocnym chwytem udami co prowadziło do tego, że jeźdźcy praktykujący sztukę jeździecką od najmłodszych lat mieli krzywe nogi. Współcześnie, jeżdżąc konno także można dorobić się nóg prostowanych na beczce, ale … w zdecydowanie mniejszym stopniu niż to dotykało Scytów czy Sarmatów, w czym pomagają nam oczywiście strzemiona, które współcześnie są powszechne stosowane i uznawane za niezbędne do jazdy konnej. Nie będę temu przeczył, ale jestem pewny, że każdy kto wyrzucił strzemiona na dostatecznie długi czas poczuł, że bez nich także całkiem dobrze sobie radzi, a biorąc je z powrotem miał w głowie myśl, lepiej z nimi czy bez nich?

Dragońskie-żołnierskie wersja współczesna.
Tajemnica tkwi oczywiście w długości puślisk i tym co chcemy przy pomocy strzemion zdziałać ale o tym później, wracając do historii strzemion to bodaj najstarszy ich wizerunek znajduje się na płaskorzeźbie z 852 r. p. n. e ! która przedstawia asyryjskiego króla Salamanazara III ze stopami w sznurowych strzemionach. Co spowodowało, że zniknęły na setki lat nie będę dociekał.
Przyjmuje się, że wynaleziono je (ponownie?) w Chinach w II w. n. e. , dowodem na to ma być gliniana figurka jeźdźca znaleziona w grobowcu w Changsha, datowana na 302 rok n. e.
Z Chin lub Korei na przełomie VI i VII w n. e. przywędrowały do Europy wraz z Awarami i od razu zostały przyjęte przez Bizantyjczyków. Kodeks „Strategikon” Teodozjusza II który powstał około 580 r. n. e. (wg innych źródeł jego autorem był cesarz Maurycy – 600 r. n. e.- i jest to jednocześnie najstarsza wzmianka na ten temat w literaturze europejskiej) mówi o potrzebie używania żeliwnych strzemion. W okresie ekspansji Franków (przełom VIII-IX w. n. e) w Europie Zachodniej rozpowszechniły się strzemiona z żelaza.
W wieku X strzemiona znane są już na terenie całej europy, przy czym ich stosowaniu towarzyszy ewolucja siodła, które nadal ma mocne ławki, jednak przykryte są one siedziskiem z tłoczonej skóry lub wyszywanych tkanin, wyposażone w szeroki i wysoki, przedni i tylny łęk, dzięki czemu przedni chronił podbrzusze a tylny dawał jeźdźcowi oparcie przy uderzaniu na wprost coraz dłuższą włócznią.
W tym czasie zmienia się także dosiad jeźdźca który siedzi na kościach siedzeniowych błędnie nazwanymi kulszowymi, z nogami podanymi do przodu, a strzemiona są przypinane do puślisk mocowanych blisko przedniego łęku. Jest to istotny szczegół gdyż w tym samym czasie ze wschodu trafia do Europy drugi typ siodła, które jest znacznie mniejsze od zachodniego i jest wyposażone w mostek rozpięty pomiędzy łękami (w takim siodle jeździec siedzi wyżej, tj dalej od końskiego grzbietu) ze strzemionami przymocowanymi pośrodku ławek tuż pod jeźdźcem. Ten typ siodła przetrwał w Azji do dzisiaj i jest bardzo niewygodny, strzemiona są cofnięte, mostek jest wąski zatem gniecie jeźdźca w krocze co zmusza ją lub jego do mocnego podparcia, wręcz stanięcia w strzemionach.
Wiem to z własnego doświadczenia!, gdyż ponad 10 lat temu kupiłem takie siodło wykonane na Białorusi, rymarz z Legionowa chciał je dostosować do zachodnich standardów tj. przesunąć mocowania puślisk do przodu ale byłem ciekawy jak się jeździ z cofniętymi zatem zostało w wersji oryginalnej czyli typowo wschodniej.
Z cofniętymi stopami nieźle się kłusowało, ale wg znajomych wyglądałem jak mongoł, nie obrażając stepowych jeźdźców, przez cofnięte strzemiona i stopy były z tyłu co nawet przy długich strzemionach z którymi jeździłem, wyglądało dość szczególnie. W galopie, gdy próbowałem jeździć pełnym siadem tylny łęk uderzał mnie w plecy, poza tym, mostek pomimo rzemiennych odciągów, pod wpływem mojego ciężaru odkształcał się i tworzył wyraźną grań w swojej osi symetrii, nieprzyjemnie gniotącą mnie od dołu i to był być może główny powód wynalezienia strzemion do tego typu siodeł!.
Z odkształcaniem mostka poradziłem sobie dodając obergurt, czyli pas skóry obejmujący siodło i popręg, który skrzyżował się z mostkiem i dzięki temu powstawało twarde, sprężyste siedzisko.
Dzięki temu siodłu zdobyłem nieocenione doświadczenie ale sprzedałem je w końcu, gdyż nie odpowiadała mi pozycja jazdy z cofniętymi stopami.

Terlica siodła wschodniego, za mała dla współczesnych jeźdźców.
Przesiadłem się zatem na siodło typowo zachodnie czyli najpierw na polskie oficerskie wz.25 o którym pisałem na początku, potem na Mclallana i Whitmana.
Te ostatnie są koncepcyjnie kontynuacją siodeł antycznych choć ich twórcy pewnie siodeł scytyjskich, sarmackich czy rzymskich na oczy nie widzieli. Oba nie maja mostków, tylko twarde „gołe” ławki co jest naturalnym naśladownictwem podwójnego grzbietu koni ras prymitywnych, przy czym grubość i profil ławek jest w nich różna i zależy od kunsztu siodlarzy. Zaryzykuję twierdzenie ze Whitman siodło oficerów armii USA, w wersji której fotografię prezentuję jest najlepszym siodłem na świecie, w pewnym momencie McClallan przyjął tan sam profil wzdłużny i poprzeczny siedziska ( co nie oznacza, że wszystkie tego typu siodła są geometrycznie bliskie Whitmanom, raczej trzeba mieć szczęście żeby na takie trafić) a jako tańszy przetrwał w produkcji do dzisiaj. Zaś o funkcjonalności siodeł obu marek decydują twarde ławki a nie dziura pomiędzy nimi, choć i ona jest niezwykle pożyteczna gdyż jeździec może podeprzeć się jedynie na krętarzach mniejszych i nic go nie uwiera w krocze.

Jeśli komuś wyda się nieznany podział na siodła zachodnie i wschodnie to informuję, że można go także znaleźć w pracy o lata poprzedzającej moje odkrycia, zatytułowanej „Rząd konia rycerskiego w okresie średniowiecza na terenie Polski” –„Muzealnictwo wojskowe” napisanej przez panią Joanna Puchalską , wydanej w Wydawnictwo MON Warszawa 1989.


Z powyższych cytatów wynika, że autorka, pani Puchalska prawidłowo, na podstawie ikonografii i zachowanych egzemplarzy zidentyfikowała i opisała charakterystyczne cechy siodeł typu zachodniego, tj. przyleganie do końskiego grzbietu i zaczepy puślisk znajdujące się blisko przedniego łęku oraz typu wschodniego których cechami podstawowymi są, obecność mostka ze skóry wzmocnionego rzemiennym odciągiem oraz mocowanie puślisk cofnięte prawie do środka ławki.
Nieprawidłowa jest natomiast interpretacja sylwetki jeźdźca w siodle zachodnim z rzekomo sztywnym dosiadem z podanymi do przodu nogami, a przy siodłach wschodnich, nogi są owszem zgięte w kolanach ale na pewno nie swobodnie.
Każdy kto jeździ ze skróconymi strzemionami wie, że nogi w takiej pozycji wręcz wypychają jeźdźca do góry a przy długich puśliskach prawie wiszą, zatem są dużo swobodniejsze niż zgięte w kolanach. Być może się mylę, ale przypuszczam, że pani Puchalska tak jak wielu ówczesnych historyków nie jeździła konno stąd błędna identyfikacja dosiadu w obu typach siodeł, mały to jednak błąd przy prawidłowym rozróżnieniu typu siodeł.

Wracając do różnic pomiędzy siodłami, to może się wydawać, że kilka 10 centymetrów w mocowaniu puślisk nie powinno mieć większego wpływu na rozkład mas i sił w czasie ruchu konia, a jednak jest to bardzo istotny element w dla naszych rozważań który typ siodła jest lepszy dla jeźdźca i konia.
W siodle wschodnim jadąc kłusem, dzięki cofniętym mocowaniom puślisk, siły, które wytwarza jeździec wspierający się lub stający w strzemionach przesuwają się do tyłu i kierują w dół pod jego tułów. Dzięki temu taka pozycja jest idealna do strzelania z łuku, jednocześnie na skutek tego, że punkt podparcie stopy jest bardzo blisko środka ciężkości jeźdźca co skutkuje w miarę wygodną jazdą w kłusie, przypomina to płytkie anglezowanie lecz wymusza jazdę pół siadem w galopie!.
Pół siad (proszę nie mylić tego sposobu jazdy ze staniem w strzemionach z wypiętym zadkiem) pierwotnie był pomocny wynalazcom siodła z mostkiem do utrzymania równowagi górnej części ciała przy, jak wcześniej napisałem, strzelaniu z łuku podczas galopu. By mogli wżywać konia do tego celu, jeździli z krótkimi puśliskami dzięki czemu ciało jeźdźca przypominało bujające się nad koniem wahadło, gdzie punktem chwilowego zaczepienia były ramiona jeźdźca trzymające łuk, reszta ciała poruszała się pod nimi „kołysaniem” kompensując ruch galopującego wierzchowca.
Znane mi współczesne siodła ławkowe są hybrydami łączącymi cechy konstrukcyjne siodeł wschodnich z mocowaniem puślisk blisko przedniego łęku i mają mostek o szerokości do 9 cm, wyposażane są z reguły, w strefie siedzenia jeźdźca, w różnego rodzaju poduszki siedzeniowe na tyle szerokie i ubite, że pozwalają jeźdźcowi oprzeć się na nich na krętarzach mniejszych. W przedwojennym siodle tzw. polsko- rosyjskim, u Rosjan nazywanym żołnierskim-dragońskim, płaska twarda poduszka (przypominająca siodełko roweru) przyszyta była bezpośrednio do górnej powierzchni mostka, przykrytego siedziskiem wykonanym z niezbyt twardej tłoczonej lub zszywanej z pasów skóry.


W siodle polskim żołnierskim wz. 36, które jest hybrydą, poduszki są częścią siedziska tłoczonego z jednego kawałka twardej skóry. W siodłach UP1902 (także hybryda) u nas nazywanym wzór 25 i 27 nie było poduszek za to siedzisko wykonane ze skóry o grubości około 1 cm jest podparte od spodu parcianymi pasami, dzięki czemu powierzchnia pod jeźdźcem jest prawie płaska i twarda jak deska.
Opierając się na tych dwu cechach tzn. lokalizacji mocowania puślisk i braku lub obecności mostka można łatwo zidentyfikować siodło polsko-rosyjskie jako typowo wschodnie, siodła portugalskie, hiszpańskie i pochodzące od nich amerykańskie np. Whitmena i McClillana do siodeł typowo zachodnich.
Siodła żołnierskie angielskie (UP1902) i ich polskie odpowiedniki wz.25, 27 oraz polskie wz.36 jak wcześniej napisałem są hybrydami, gdyż mają mostek, ale we wszystkich strzemiona mocowane są blisko przedniego łęku.
W siodle wz. 27 puśliska mocowane są bardzo blisko przedniego łęku, siedzisko spoczywa na dwu taśmach parcianych rozpiętych pomiędzy łękami wzmocnionych trzema taśmami poprzecznymi, zastosowanie takiego rozwiązania zbliża siodło wz. 27 do konstrukcji typowo zachodnich i wymaga jazdy z podaną do przodu nogą, w pełnym siadzie, z bardzo słabym obciążeniem strzemion!.
Jazda na tych siodłach w stylu wschodnim lub skokowym ze skróconym puśliskiem skończy się po pewnym czasie wyrwaniem mocowania puślisk z ławek. To właśnie doprowadziło przed II WŚW do powstanie siodła żołnierskiego wz. 36, które z łatwością wytrzymywało wielogodzinne stanie w strzemionach.

 

Współcześnie powszechnie stosuje się podział siodeł wg ich sportowego przeznaczenia tj. na, skokowe, ujeżdżeniowe i uniwersalne oraz mniej sportowe tj. westowe, rajdowe i wojskowe, choć powoli te „gorsze” odzyskują swoje miejsce i znaczenie w jeździectwie
tyle,że nie wszyscy wiedzą jak ich prawidłowo używać. Siodła wojskowe w zależności od głębi wiedzy opisywaczy nazywane są nieprawidłowo kulbakami. Podaję zatem za księdzem Kitowiczem, że nazwa kulbaka jest staropolskim określeniem siodeł wszelkich typów bez względu na ich przeznaczenie i wygląd zewnętrzny, nazwa kulbaka pochodzi od tureckiego słowa kaltak co po turecku znaczy siodło, jeśli ktoś nie wierzy, proponuję sprawdzić w Encyklopedii staropolskiej Zygmunta Glogera.

Tendencja do unowocześniania oraz upraszczania wyposażenia jeździeckiego pojawiła się jeszcze przed zanikaniem kawalerii prawdziwej i pojawieniem tej używającej koni jako środka transportu. Po 1945, w czasach 2-ej Kongresówki (PRL) siodła wojskowe „wyszły z mody” a upowszechniły się nazywane kiedyś angielskimi siodła sportowe, które dzięki pozbawieniu ich wszystkiego co musi mieć siodło wojskowe, miały być wygodniejsze w codziennym stosowaniu, niestety przez prostszą konstrukcję wewnętrzną nie są w stanie spełnić wszystkich funkcji „jezdnych” swoich wojskowych odpowiedników.
Od jakiegoś czasu siodła wojskowe wracają w postaci tzw. siodeł ławkowych lub rajdowych, wielka niby nowość, gdy z braku wiedzy do czego potrzebne jest twarde siedzisko te nowe mają je o zgrozo, miękko wyściełane i często są za krótkie pomiędzy łękami!.

Niestety bez owijania w bawełnę muszę napisać, że wymyślona w XX-m wieku potrzeba podnoszenia i napinania końskiego grzbietu jest szkodliwa i nienaturalna, gdyż służy wyłącznie usztywnionym nie potrafiącym się rozluźnić jeźdźcom. Koń któremu skrępuje się głowę i odbierze możliwość ruchu do przodu usztywni grzbiet co sztywny człowiek odbierze jako swój sukces i ogłosi światu, że zrobił coś dobrego dla konia. A co z tymi końmi które mają miękki grzbiet i pomimo różnych „patentów” nie podnoszą go i się nie zaokrąglają? Na takich koniach, jeśli wiemy jak to robić prawidłowo, jeździ się wygodniej niż na tych sztucznie podniesionych i zaokrąglonych, tak naprawdę tylko po to by uchronić swój grzbiet przed masą sztywnych jeźdźców którzy w nie tłuką w tzw. anglezowaniu.

My beautiful picture

Tu wracamy do siodła które przez setki lat było kładzione na końskim grzbiecie tam gdzie nie szkodziło końskim łopatkom czyli cofnięte od przednich nóg i łopatek, a sport, głównie skoki przez przeszkody doprowadził do tego, że kładzie się je tam gdzie leżeć nie powinny.
To, że da się siodło położyć koniowi na łopatkach jest to niestety jedna z głównych wad współczesnych siodeł sportowych!. Jest w tym działaniu pełna premedytacja, gdyż siodło położone z przodu pozwala oddalić siedzenie jeźdźca od zadu podnoszącego się w górę, gdy ten odbiera koniowi krótką wodzą możliwość ruchu do przodu z poziomą kłodą.
Taka lokalizacja siodła pomaga także przy wysokich skokach i jeśli idzie o sport skokowy nie mam najmniejszej chęci z tym walczyć, choć na zdjęciach sprzed II WŚW widać wyraźnie, że nie siodłano wówczas blisko przednich nóg konia. W skokach koń wchodzi na parkour, robi co musi, jeździec wyjeżdża poza parkour i jeśli ma jeździć po płaskim to zmienia siodło, zgodnie z radami Don Duarte dobieramy siodło do zadań które będziemy wykonywali.

Zakupowi siodła towarzyszy przeważnie przymiarka na koniu lub na stelażu przypominającym fragment grzbietu konia, kupujący siada, wierci się, próbuje większe, mniejsze, przesiada się kilka razy … i wybiera kierując się radami „bardziej doświadczonych” lub na własne wyczucie, gdyż sprzedawcy często nie potrafią pomóc, bo zdarzają się tacy co konno nie jeżdżą, zatem nie wiedzą o co chodzi, to, do którego dopasowuje się bez „luzów” poprzecznych i podłużnych bo ma być „dobrze dopasowane” i „dobrze trzymające”.
Tymczasem powinien wybrać takie które poduszką przy tybince nie będzie wypychało kolana z płaskiem siedziskiem i z luzem wzdłużnym.
Takie na którym może rozluźnić mięśnie siedzenia i dzięki temu sięgnąć krętarzami mniejszymi do powierzchni siedziska!. Ważne jest także nachylenie siedziska tzn. od tylnego łęku ku środkowi nie powinno stromo opadać ku przodowi gdyż wtedy jeździec będzie miał miednicę pochyloną do przodu.
W skokowych celowo nadaje się siedzisku taki kształt żeby ustawić miednicę a za nią całą sylwetkę jeźdźca w pozycji – gotowy do skoku. Tyle, że stałe jeżdżenie w takiej pozycji nie jest ani wygodne ani prawidłowe (zwraca an to uwagę PZJ w jednym z pytań na brązową odznakę!) , gdyż pochylony do przodu tułów, to masa przeniesiona przed środek ciężkości konia czyli najgorsze co możemy zrobić naszemu przyjacielowi jeśli jeździmy po płaskim i nie skaczemy przez przeszkody.
Założenie, że dopasowane siodło uzupełni braki człowieka to część składowa złudnego marzenia wielu jeźdźców o dosiadaniu konia profesora, takiego mądrego, cierpliwego, wybaczającego braki w wyszkoleniu człowieka, co to sam wszystko wie i umie, ma dużą głowę i myśli za człowieka, a tym czasem nic z tego, czego nie zrobi jeździec, siodło i koń, nawet najmądrzejszy nie zrobi bo nie ma na to ochoty. Gdyż to jeździec ma się nauczyć poruszać prawidłowo na grzbiecie konia dla dobra i wygody obu.

Jeśli siodło tzw. sportowe jest dokładnie dopasowane do obrysu dolnej części ciała jeźdźca, oznacza to, że miednica człowieka jest zakleszczona w jednej pozycji i „podciąganie ogona pod siebie” i próby balansowanie na boki (w stępie i kłusie) nie będą możliwe, gdyż kości siedzeniowe nie będą miały oparcia na powierzchni siodła, z powodu siedzenia na „miękko” na własnych tkankach. Takie siodło można nazwać pułapką na jeźdźca, określenie zaczerpnąłem od pani Mary Wanless, z jej książki „Świadoma jazda konna” w której niestety nie pisze ani słowa o kształcie i roli siodła w nowoczesnym jeździectwie.

Jak wcześniej napisałem siedząc w siodle z krótką ramą wewnętrzną (w porównaniu do terlicy siodła wojskowego, McClallana czy Whitmana) siły którymi dysponujemy działają jedynie w pionie dokładnie pod nami, zatem nie może być mowy o skutecznym przekazywaniu naszych sygnałów poprzez siodło.
W takim siodle próby manewrowanie miednicą kończą się mało efektywnym pocieraniem kroczem i siedzeniem po jego powierzchni co nic nie daje i nie wygląda elegancko. Dodatkowa niedogodność głębokiego, ciasnego siodła z łękami blisko siebie pojawia się w kłusie anglezowanym, gdy przy powszechnie panującej manierze podrywania się do góry i jednoczesnym ruchu bioder do przodu krocze amazonki lub jeźdźca „zahaczy” o przedni łęk, jest to niestety bolesne doświadczenie znane wszystkim nie tylko początkującym jeźdźcom.


Zatem dobre siodło powinno być na tyle „obszerne” by jeździec opierający się na krętarzach mniejszych nie przylegał do przedniego i tylnego łęku, by mógł pochylić miednicę do przodu, do tyłu i na boki, jednocześnie by siedział w nim w najgłębszym jego miejscu z minimalnym awansowaniem w stronę przedniego łęku.
Być może nie jest to łatwe do zrobienia ale przypominam, że to jeździec ma utrzymać swoją pozycję na koniu poprzez swoje świadome działanie, a nie poprzez siodło w które „wtłoczy” się i sprasuje w nim swoje tkanki miękkie i przez to nie będzie miał szansy „stanąć” na krętarzach mniejszych.
Pora uświadomić sobie, że lekki, skokowy dosiad jest dobry do skakania, do jady konnej na być twardy na twardym siodle, bo nawet jeśli siodło jest wyściełane to dobry jeździec wygniecie krętarzami mniejszymi w wyściółce dołki sięgające do powierzchni ławki, czyli po co tapicerować siedzisko?
Prawie 250 lat temu Ksiądz Kitowicz, znany jeździec, sławny z rajdów, które czynił w czasie konfederacji barskiej, pisze w roku 1775 w dziele „Opisanie rzeczpospolitej”, że twardego dosiadu uczono młodziaków na terlicy bez mostka, przypiętej do końskiego grzbietu obergurtem. „Goła” terlica bez mostka bardzo przypomina siodło McClillan lub Whitman, metoda jej mocowania na grzbiecie konia nie ma znaczenia, ważne jest to, że dziura pomiędzy ławkami McClillana i Whitma-na odbiera jeźdźcowi szansę podpierania się 3-cim punktem (teoria, że dziura ta służy wentylacji końskiego grzbietu głoszona jest jedynie przez tych którzy nie używali takiego sprzętu) co na siodle tzw. sportowym każdy jest w stanie wykonać i znieść jeśli tylko może sobie „ulżyć” poprzez wsparcie się w strzemionach.

Wracając do doboru siodła to mamy podwójny problem, gdyż, jak już wcześniej napisałem, powinno ono pasować do konia i do jeźdźca!. Z jednym i drugim bywa u nas różnie, z reguły o zakupie siodła decyduje jego cena (niska) lub nowoczesny wygląd, a nie to, czy leżąc na grzbiecie konia przylega do niego we właściwych miejscach ( powtórzę jeszcze raz – nie może leżeć na kłębie i na łopatkach bo przeszkadza to koniowi w ruchu!!!) .
Przyleganie do konia można sprawdzić przy pomocy przyrządu przypominającego fragment końskiego kręgosłupa z przymocowanymi do niego, skręcanymi śrubami segmentowymi, „żebrami”, dzięki któremu odwzorowuje się powierzchnię grzbietu konia. Taki „pająk” przyłożony do dolnej powierzchni siodła pozwala jednoznacznie ocenić czy nadaje się ono dla danego konia.
Problem dopasowania siodła do konia istniał zawsze, w przeszłości częściowo radzono sobie z nim kładąc pod siodłano gruby potnik i derką, Np. koc złożony na 9 warstw, zaś w XIX wieku pojawiły się siodła z ruchomymi ławkami.
Jak wcześniej napisałem z dopasowaniem siodła do jeźdźca jest równie źle, gdyż decydującym czynnikiem często bywa cena i błędne przekonanie, że ciasne siodło lepiej trzyma jeźdźca od płaskiego. „Choroba” ciasnego siodła nie dotyczy grup rekonstrukcyjnych używających siodeł wojskowych i „kowbojów” jeżdżących na tzw. siodłach westowych, które nie uległy modzie i XX wiecznym modernizacjom.
Ja sam potrzebowałem sporo czasu, by podążając pod prąd XX wiecznej modzie pozbyć się siodła ujeżdżeniowego (pułapki na jeźdźca) i metodą prób i błędów dojść do tego, co zalecał (nieznany mi wtedy) portugalski król Edward Don Duarte, oraz inni autorzy starych kodeksów jeździeckich: Ksenofont, Dorohostajski, Pieniążek Cavensish, Gueriniere, którzy przekazali nam najważniejsze wg nich informacje, a o dosiadzie napisali czasami najwyżej kilka słów nie poświęcając wiele uwagi zagadnieniu geometrii siodła.
Łącząc ze sobą geometrię używanych w wielu miejscach świata siodeł z przekazem od ww autorów możemy określić jakie cechy powinno mieć dobre siodło i jaka powinna być na nim sylwetka jeźdźca.

My beautiful picture

Uzupełnieniem siodła jest derka która ma chronić grzbiet konia, kompensować niewielkie niedostatki kształtu dolnej powierzchni siodła do grzbietu konia, łagodzić naciski pochodzące od ciężaru siodła i jeźdźca. By spełniała swoje zadanie powinna być gruba i czysta nie tylko z góry ale i od spodu!.
Derka i potnik to nie to samo!, w przeszłości rolę potnika spełniała barania skóra kładziona włosem w dół, na nią kładziono grubą derkę z filcu lub koc złożony w wiele warstw. Anglicy po wprowadzeniu do kawalerii w 1805 roku siodeł huzarskich (wschodnia terlica z mostkiem na odciągach rzemiennych) zalecali stosowania koca (co ciekawe o wymiarach identycznych do współczesnych nam szarych koców wojskowych) składanego na 9 warstw!. Tak złożony koc ledwie wystaje spod siodła, lecz tworzy gruby i spręży amortyzator wygodny nie tylko dla jeźdźca.

My beautiful picture

Dziwi mnie zatem powszechne u nas jeżdżenie na cienkim pojedynczym potniku uznawanym za czaprak lub na kocu złożonym w cztery warstwy bez potnika. To prowadzi w krótkim czasie do zabrudzenie koca i utraty jego sprężystości. Brudne, sfilcowane koce to w równym stopniu niewiedza jak i niechlujstwo jeźdźców i właścicieli koni, którzy do tego dopuszczają.

Ride with your mind? Yes, but on the lessers trochanters!.

I was gifted the “Ride with your mind” book (1987, Mary Wanless) published in Poland in 2012, by ‘Santa’ who with I have been debating for a year wether whilst sitting on a horse, we support ourselves on the ischial bones, or on the lesser trochanters. ‘Santa’ believes that we sit on the ischial bones, and I (for 10 years now) think we support ourselves on the lesser trochanters. The problem lies in the very close proximity of the lesser trochanters to the arch of the ischial bone. Especially when sitting on a horse, both bones are very close to each other and it is exceptionally hard to distinguish between the two.

http://www.mary-wanless.com/RWYM.html#

The book is not an easy read, as it is full of detailed instructions of what actions and movements we need to undertake to ride well. In addition, the translation is not perfect. As a result, one needs to focus significantly and read thoroughly. However, the book is worth the effort as it contains a lot of interesting pieces of information and tips, such as how to properly rise to the trot, and many others unfortunately very often overlooked in Poland.

I can highly recommend the book, however I won’t be including here a thorough review. I will be covering the question of lesser trochanters in horse riding, and issues connected with those.

Moving on to the lesser trochanters, I was able to very quickly find proof that in fact I am correct. Firstly the visuals included in the book and the text itself does not contain any mentions of the existence of the lesser trochanters. This might be the case because when moving our femurs to the sides to clasp the flanks of the horse, due to the autorotation of the femurs closing in on the ischial bones, and placed so closely to their lower ridges, it is necessary to use a special technique to distinguish between the trochanters and ischial bones.

About 10 years ago, I have discovered that the best riding posture is based on a two-point support after swapping from an English dressage saddle (what I call a prosthesis), to a Polish, flat, officer’s saddle (No25), and then onto a US Whitman and a McClallan. On the No25 I have imprinted two depressions, which were a clear indication that whilst riding, I am supporting myself on two points. It took me more than a year to accept the fact that I am in more of a standing than a sitting position, and I have written about that journey in ‘Koń Polski’ and in ‘Świat koni’ (the ‘Polish Horse’ and the ‘World of horses’ magazines).

In her book, Wanless writes: ‘I am glad that I am grazing my ischial bones’, however, on a previous page we find a graphic which depicts two small circles of where the grazes appear, rather than long arches, the actual shape of the ischial bones which are linear. This indicated that the point of contact is in fact on the lesser trochanters, and that is where the skin becomes grazed.

Everyone who has tried to step over a horizontal obstacle and fell on top of it (as you would when climbing a horse) knows, that the lesser trochanters cannot shield the groin area from the direct contact with the obstacle. Similar situation occurs when riding bareback on a bony horse, when we can feel the contact on a linear axis, rather than in two small circular points.

To feel the lesser trochanters come in contact with the saddle, and subsequently to become the points of support, we must press down through our bottom on the edge of a hard surface ( e.g. table, whilst wearing loose clothing). When sat is such position the lesser trochanters protect the tissue enclosing the ischial bones. One removing the support of our feet, we are sat on those two points directly touching the surface, providing we are not tensing any surrounding muscles (glutes, etc.).

If we start to move one of our legs upwards, sideways or in a circular manner (without picking it up off the table), we will feel that the point of support is not ridged, it moves along. The lesser trochanters are so hard to locate when sitting on a horse, because they are located so closely to the ischial bones and protrude below those bones only a few millimetres. However, that is enough to protect the tissue covering the ischial bones from physical contact with anything located below them.

Only after having ridden on a flat saddle allows us to relax the muscles and feel the actual points of support — the short length of the femurs, from the head of the femur to the lesser trochanter.

Ms Wanless somehow located the right points of support, but uses the wrong terminology. However, it is commendable she did manage to identify those points, as she probably used a dressage saddle. Such saddles are merely a prosthetic connecting the rider with the horse. The reason I name them such (not to be malignant), is because the distance between the transverse and the longitudinal saddle bows is so small it barely accommodates our bottom halves.

I know this from experience, as I rode in a dressage saddle for three years. To fit in the saddle I had to tilt my pelvis in a particular way, and I barely felt the support on the lesser trochanters. However, I could not use those points as I was sat on my own tissues, compacted under my weigh, and caused by the tight fit of the saddle from every possible side (the size was as prescribed for my build, according to the dressage standards).

The subsequent restrictions resulting from the geometrical arrangement of the pelvis and the spine, and the nearly vertical placement of my thighs, led to a very constricted range of movements. My posture became rigid, which in turn meant the movement of the horse was limited as well.

This is the aim of dressage; a horse without a saddle pushed onto its shoulder blades, forced to lower its head, a very tight noseband and bit (jointed snaffle) moves much mote dynamically. Its movements might be event considered violent, in comparison with the constricted dressage manner.

Dressage riders would most likely disagree with me, as it is common in societies and groups sharing strong beliefs, and never questioning the status quo.

However, if you look at the cover of the next book written by Wanless, on which the horse is stretched out, with the saddle on its shoulder blades and the head tightly handing on the rains, I will have to pass. What is an ideal posture according to me? A Lipizzaner, which for centuries has been bred to carry its head high, of which the silhouette when carrying a rider easily fits into a square, providing that it is saddles and ridden as it was a hundred, or two hundred years ago.

The modern horse breeding is attempting to produce horses which do not look like Lipizzaners, but move like them. However, it will take a long time and a lot of discussion before the dressage community will understand the scope of coercion infringed on the horses not bread for dressage and badly saddled. All this so that the riders can sit comfortably in a too small of a saddle.

Going back to the correct support points whilst riding. To achieve those you need a proper saddle placed in the appropriate part on the back of the horse. Wanless does not mention those prerequisites, probably due to the lack of opportunities to use saddles other than those made for dressage.

On the picture included in the book (p.13 of the Polish edition) you can see the incorrect location of the saddle, too close to the front legs of the horse. The saddle flaps are placed over the shoulder blades of the horse, which directly hindering its movements. It is especially dangerous with young horses, as it often causes damage to the joints.

Even our ancestors knew about the negative influence of such saddle placement, back in the 17th century.

The placement of the saddle stems from the failure to comply with the rule that the front edge of the girth has to allow a length of a human palm from the elbow of the horse. It may also be caused by the rigid posture of the rider, with too short stirrups. By moving the saddle forward, the movements of the horse are restricted and the rider experiences less of a shock with every step.

Wanless also writes about the correct amount of contact between the riders hands and the mouth of the horse, but only in the context of what posture the rider has to maintain at all times: the unconditional line of the shoulder — heel — hip. Even with the correct point of support on the lesser trochanters, and the thighs locked in place, when the saddle is too short and too narrow, the hand cannot be gentle, and the connection with the mouth cannot be forgiving.

The enforcement of such position will firstly lead to the horse locking its head on the riders grip, and secondly, to a significantly slower movement of the horse. In such a position, the rider puts too much effort and focus on the maintenance of the posture, especially on the front-back axis. Wanless says that ‘an uptight rider is an uptight horse’ and about that I completely agree with the author.