Czy to my uczymy konie czy konie uczą nas?.

Czy to my uczymy konie czy konie uczą nas?.

Należy sobie odpowiedzieć na pytanie czego uczą nas konie a czego my ich uczymy?.    Ja od lat mam wrażenie, że to one uczą mnie właściwego zachowania na ich grzbiecie!. I im mniej staram się im przeszkadzać tym lepiej mi się jeździ, dawno pogodziłem się z tym, że uczę się bo muszę, bo koń idzie do przodu i zabiera mnie ze sobą, nawet jeśli to ja wybieram kierunek to on jest mocą nad którą ledwie panuję. Koń pod jeźdźcem niewiele potrzebuje by np. ruszył z miejsca, gdy jednak chcemy w trakcie jazdy coś zmienić mamy zawsze dwie możliwości. Możemy np. przy hamowaniu użyć brutalnej siły ciągnąc za wodze a przez nie za wędzidło albo tak się zachowywać, to znaczy poruszać żeby koń poczuł, że zwalniamy i wtedy on też zwolni. To samo dotyczy każdej innej akcji którą chcemy z nim przeprowadzić.

Znają tę relację wszyscy którzy spędzają naprawdę dużo czasu na końskim grzbiecie, gdyż nie maję tyle energii by ją marnować na szarpanie się z końmi, muszą energię oszczędzać dlatego poruszają się w siodłach bardzo dyskretnie i to wystarcza na prawidłową komunikację z końmi. W cywilizacji zachodniej, gdzie koń stał się zabawką i narzędziem do zaspokajania ambicji sportowych człowieka, ten człowiek myśli, że podporządkował sobie konia całkowicie i to on uczy konia bycia mu wygodnym i podporządkowanym. Wygląda to tak, że w ujeżdżeniu koń musi ruszać się wolniej bo z natury powolny w porównani z koniem człowiek nie nadąża za dynamicznym ruchem konia, a w skokach celowo spięty człowiek wymusza na koniu serie skoków których sam (koń) by nie wykonał. W obu przypadkach występuje element wymuszenia ponad niezbędną miarę, w pierwszym przypadku przy pomocy pasków skórzanych i żelaza, w drugim łydką i żelazem także, bo od kiedy ludzie skaczą przy pomocy koni przez przeszkody ostrogi są mocowane wyżej niż to jest potrzebne. Ten kto musi siedzieć w siodle godzinami lub spróbuje jeździć na równowagę zrozumie, że jedyny sposób na dobrą jazdę to nauczyć się od konia właściwego poruszania na jego grzbiecie. Bo to w poruszaniu, a dokładniej w mikro poruszaniu i w przewidywaniu następnych poruszeń jest jedyna droga do harmonii z ruchem konia.

Jazdę konną mamy w głowie !, powtarzam to w każdej rozmowie o jeździectwie, mamy ją zaprogramowaną od chwili gdy stanęliśmy na dwu nogach, i tylko musimy dostrzec gdzie jest ona ukryta w naszej pamięci motorycznej. Będąc na ziemi umiemy iść stępa, umiemy szybko dreptać bo to jest odpowiednik kłusa i umiemy skakać na jednej nodze, bo tak my ludzie galopujemy, a żeby robić to na końskim grzbiecie musimy nauczyć się synchronizacji tych ruchów właśnie od koni które dosiadamy. Musimy to robić dla własnego dobra, gdyż zwiększając prędkość poruszania naszego ciała narażamy się na działanie sił powstających z iloczynu naszej masy i prędkości oraz przyspieszeń dodatnich i ujemnych ( przy hamowaniu) które wytwarzamy pobudzając konia do szybszego ruchu.

Powolny, sztywny człowiek, siedzący na koniu jak na krześle będzie odczuwał dyskomfort, gdy ten pod nim przyspieszy pobudzony byle listkiem rozbujanym przez wiatr lub ruchem innych koni, zaś jeździec, który nauczy się od konia właściwej sekwencji mikro ruchów poszczególnych członków swego ciała poczuje przyjemność z takiej odmiany. I dopiero wtedy gdy człowiek nauczy się panować nad swoim ciałem odkryje jak „powiedzieć” do konia przy pomocy tego ciała ruszaj, skręcaj, zwolnij, zatrzymaj się, rusz do galopu z miejsca lub ze stępa i całej reszty niezbędnych do bezpiecznej jazdy sygnałów.

Dopiero wtedy, przez chwilę człowiek zacznie uczyć konia, bo ten czując, że człowiek mu nie przeszkadza zyska więcej swobody i przyspieszy, doda i będzie mógł ruszać się tak jakby człowieka nie było na jego grzbiecie.

Pamiętajcie, konie uczą nas cały czas, a jeśli coś nie wychodzi to jest to wyłącznie nasza wina!.